Pomyślałem o polowaniu. Byłem napełniony co najmniej na 3 tygodnie, ale nie mam zamiaru ryzykować. Dzisiejszego dnia mi się udało, ale co będzie jutro? Pojutrze? Nie wolno mi tak ryzykować. Jeśli nie nazwać ryzykiem samo to, że wróciłem.
- Edwardzie znowu?- Zapytała Alice. Stała tuż za mną.
- Muszę być ostrożny.
- Wiesz, że kolejna puma nie załatwi problemu. Ja...- tu zawahała się. W jej umyśle przebiegł mi obraz Belli. Alice znała mnie na tyle dobrze i długo, że nauczyła się w jakiejś części kontrolować swoje wizje przede mną. Ta, którą miała obecnie dotyczyła właśnie Belli. Była bardzo niewyraźna. Alice umie przewidzieć przyszłość, gdy ktoś podejmie w jakiejś sprawie decyzję. Ta wizja wyglądała na taką jakby decyzja zapadła, ale nie do końca. Była wariantem, bądź podświadomością. Nie wiedziałem czego miała dotyczyć, przez inne wyraźne, głośne myśli siostry, które miały za zadanie ukryć konkretnie tą wizję. W każdym razie Bella miała żyć. Przynajmniej na razie, ale nie zmienia to faktu, że jeśli popełnię jakiś błąd wizja się zmieni, a wtedy będzie za późno.- Widzę ją, Edwardzie. Żyje i ma się dobrze. Nie chcesz jej zabić i nie zrobisz tego.
- Alice... nie wiesz tego. Teraz tak widzisz, ale kiedy...- Nie chciałem powiedzieć tego co obecnie pomyślałem- Kiedy przypadkowo poruszy się zbyt gwałtownie a jej zapach we mnie uderzy? Nie zapanuję nad sobą a Ty to zobaczysz na sekundę przed tragedią.
- Iść z tobą?
- Nie dziś. Chciałbym wszystko przemyśleć dokładnie.
Zrozumiała. Zostawiła mnie samego. Odwróciłem się w stronę zachodzącego słońca. . Och, Bello, dlaczego akurat ty znalazłaś się akurat tu? Tu gdzie ja. Czy gdyby wiedziała jakie jej grozi niebezpieczeństwo uciekłaby? Oczywiście, że tak. Chociaż... jest taka nieprzewidywalna. Jest taka inna od wszystkich. Jednym susem wskoczyłem na najbliższe drzewo, kilka minut później wypatrzyłem dorodne, duże zwierzę. Nawet nie ubrudziłem jasnej koszuli, kiedy bydle leżało już martwe. Czy tak właśnie miała skończyć Bella? Jak jakieś zwierzę?
Nie chciałem tego. Moje odczucie obowiązku w stosunku do niej w takich momentach było na równi z pragnieniem. Co mną kierowało tak na prawdę? Fakt, że nie mogę zniszczyć tego co przez wiele lat praktykowałem czy nie chciałem po prostu by zginęła? Jasne, że nie chciałem. Po prostu była słabsza i drobniejsza od innych i czułem w stosunku do niej, więcej empatii niż do innych ze względu na fałszywą koleżankę i pożądanie jej innych chłopców, z czego sama nie zdawała sobie sprawy. To wszystko. Była w dodatku osobą bardzo interesującą i tajemniczą, co jeszcze bardziej mnie powstrzymywało.
Kiedy wróciłem do domu zdążyłem się przebrać w cieplejsze ubrania. Nie były mi one oczywiście potrzebne, ale temperatura na dworze zmalała a śnieg obsypał cienką warstewką zamarzniętą trawę. Jako zwykły człowiek powinienem mieć na sobie zimową kurtkę i buty. Wsiadłem do auta, gdzie reszta rodzeństwa zdążyła się już usadowić.
- Chłopie co się z tobą dzieje, to tylko jedna dziewczyna, nic się nie stanie w razie...
- Emmett.- Spojrzałem chłodno na brata. Zrozumiał natychmiast.
- Przepraszam.- odburknął.
Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu. Tzn ja spędziłem w milczeniu. Dojechaliśmy jak zwykle wcześniej niż inni. Temperatura zdążyła zmrozić wczorajszy deszcz, a śnieg wciąż nie przestawał padać. Obserwowałem zmagania innych uczniów z warunkami na drodze, w tym również Belli. Wysiadła z samochodu podtrzymując się wozu, co mnie rozbawiło. Sunęła stopami po oblodzonej powierzchni, a ja wydałem z siebie cichy chichot. Przechyliwszy głowę na bok zauważyłem jak podeszła do tylnych opon. Miała owinięte je w siatkę dzięki, której jej fura miała lepszą przyczepność do podłoża. Wydawała się być lekko zaskoczona, uśmiechnęła się sama do siebie. Najwyraźniej nie wiedziała o tym wcześniej, komendant Swan troszczył się o swoją córkę. Zawsze był z niego dobry, poczciwy człowiek. Wiedziałem dobrze, jak dobre zdanie ma o naszej rodzinie, choć jego myśli słyszałem bardzo rzadko. Były ciche i skryte. Bella nadal kurczowo trzymała się tyłu wozu a ja zastanawiałem się czy nie zaproponować jej pomocy w dojściu do szkoły. Oczywiście nie zrobię tego, to zbyt duże ryzyko, ale miło było wyobrazić sobie jak podtrzymuję jej łokieć podczas jej starań złapania równowagi. Moje rozmyślania przerwał przeraźliwy pisk.
- NIE, EDWARDZIE!- Alice próbowała złapać mnie za ramię, jednakże nie zdążyła. Przed oczami miałem jeden obraz. Wizja Alice, w której Taylor Crowley, próbuje zahamować swoim vanem, który z powodu dużej prędkości wpadł w poślizg i bezwładnie sunie wprost na wyblakłą czerwoną furgonetkę. Na przeszkodzie stała jedna osoba. Isabella Swan podniosła wzrok i spojrzała mi prosto w oczy, następnie odwracając głowę w stronę minivana.
Tylko nie ona. Nie zwróciłem uwagi na resztę wizji przybranej siostry, puściłem się pędem wprost przed siebie. Parking pokonałem w mniej niż 3 sekundy. Zapominając o delikatności śmiertelnika złapałem dziewczynę w tali. Usłyszałem zgrzyt wana uderzającego w tył furgonetki, jednak zesztywniałem z innego powodu, głowa dziewczyny wydawała głuchy dźwięk uderzając o lód. Jednak nie miałem czasu by zająć się ofiarą, van odbijając się od auta powrócił jak bumerang wprost na nogi Belli. Wypowiedziałem niecenzuralne słowo, którego nie powinienem był mówić przy osobniku płci pięknej. Przyciskając dziewczynę do asfaltu, wyciągnąłem dłoń, która wygięła drzwiczki samochodu do środka. Och, co ja do cholery wyprawiam, kiedy tylko puszczę samochód, rozgniecie jej nogi. Pociągnąłem dziewczynę jak najbliżej siebie, nie stawiała oporu, możliwe, że zemdlała od uderzenia. Jej nogi zatrzymały się o opony furgonetki. Raptownie puściłem vana, tak aby nie przewrócił się na bok, pamiętając, że w środku znajduje się Tayler. Szyba jego auta zatrzeszczała i rozprysnęła się w miejscu, w którym przed chwilą trzymałem Bellę. Jeszcze nigdy nie znajdowała się tak blisko mnie, trzymałem ją w silnym uścisku, na nowo przypominając sobie o jej kruchości. Zwolniłem lekko ramię, ale nie na tyle by była w stanie się wyswobodzić. Czy widziała jak van odbija się od moich rąk? Bądź czy ktoś widział, mój zryw i zmaterializowanie się koło niej? Chociaż powinno to nie to było dla mnie teraz najważniejsze. Czy dziewczynie nic nie jest? Czy straciła przytomność i czy... krwawi? Przerażeni uczniowie zaczęli zerwali się z miejsc, wołając imiona Belli i Tylera, ktoś inny rozkazał zadzwonić na pogotowie, natomiast ja nachyliłem się nad nią wciąż wstrzymując oddech.
- Bello? Nic ci nie jest?- zapytałem pełen zdenerwowania.
- Nie.- Odparła zachrypniętym głosem. Z ulgą stwierdziłem, że rzeczywiście poza uderzeniem w głowę nic jej się nie stało. Moje serce- gdyby biło- uspokoiłby się momentalnie. Spróbowała usiąść, ale nie pozwoliłem jej na to. Powinna być teraz w moich objęciach dopóki nie stwierdzę, że na pewno jest bezpieczna. Nie chciałem by tak szybko się ode mnie uwolniła, obecnie większe zagrożenie czeka ją jak tylko wstanie.
- Uważaj, sądzę, że uderzyłaś się w głowę na prawdę mocno.- Ostrzegłem. Ściągnęła brwi i przechyliła się nieznacznie.
- Au!- Syknęła zaskoczona. Na prawdę nie zauważyła nawet kiedy jej głowa trzasnęła o ziemię. Jej zaskoczenie mnie rozbawiło na tyle, że cicho zachichotałem.
- A nie mówiłem?- Starałem się nie roześmiać, ale z drugiej strony nie wiedziałem czy rzeczywiście nie stało jej się nic poważniejszego od zwykłego guza na głowie. Mogła doznać wstrząśnienia mózgu lub innych wewnętrznych obrażeń. Carlise powinien ją natychmiast obadać, ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak mocno się uderzyła. Zacisnąłem silniej ramię, jakbym chciał ochronić ją jeszcze bardziej.
- Jak u licha...- wyrwała mnie z zamyśleń- Jakim cudem udało Ci się podbiec tak szybko?- Automatycznie uśmiech zniknął mi z twarzy a mięśnie napięły. Zacisnąłem szczęki.
- Stałem tuż obok, Bello- Zauważyła. Wszystko widziała. Ogarnął mnie nagły niepokój. Jej już nic nie groziło a moja rodzina? Spróbowała usiąść po raz drugi. Czy bała się mnie? Tym razem jej nie zatrzymałem. Odsunąłem się tak, aby miała jak najwięcej miejsca dla siebie, a jednocześnie by nabrać trochę powietrza w płuca. Spojrzałem na nią pełen zatroskania, żałowałem, że nie mogę jej teraz wziąć i zanieść do Carlise'a na prześwietlenie.
- Tylko się nie ruszajcie- Ktoś zakomenderował. Bella rozejrzała się gwałtownie, aż wciągnąłem powietrze i wstrzyłaem oddech, jednocześnie zaciskając ponownie szczękę.
- Siedź spokojnie.- Przecież mogła uszkodzić sobie kręgi szyjne, nie powinna tak gwałtownie się poruszać, Carlise musi ją jak najszybciej obejrzeć.
- Zimno mi.- Pożaliła się, a jej plecy przeszedł dreszcz. Nie mogłem uwierzyć, iż mimo takiego położenia najbardziej co jej przeszkadza to zimno. Nie ważne, że przed chwilą cudem uniknęła śmierci! Spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Tam stałeś.- Skamieniałem.
- Wcale nie.- Odpowiedziałem z większą agresją niż zamierzałem. Nie podobało mi się to ile zauważyła.
- Sama widziałam.- Dookoła nas panował chaos.
- Bello, stałem obok ciebie i w porę popchnąłem.- Kiepska wymówka, ale nie było czasu na zastanowienie się. Starałem się przybrać jak najmilszy wyraz twarzy, ale szczęki nadal nie chciały zluzować.
- Nieprawda.- Teraz to ona zacisnęła zęby. Nie miałem innego wyjścia. Położyłem jej delikatnie rękę na ramieniu i spojrzałem głęboko w oczy.
- Proszę, Bello.- Zadziałało.
- Dlaczego miałabym to robić?- Miała rozedrgany głos.
- Zaufaj mi.- Naprawdę zależało mi na tym by mi teraz uwierzyła. Gdyby na chwilę przestała o tym myśleć a po wszystkim wymyśliłbym jakąś historyjkę, że za mocno uderzyła głową i zaczyna jej się mieszać.
- Obiecujesz, że wszystko mi później wyjaśnić?
- Obiecuję. - Odparłem rozdrażniony. Wiedziałem, że niczego nie będę mógł jej wyjaśnić i bolał mnie fakt, że będę musiał ją okłamać, a na prawdę tego nie chciałem. Gdyby wiedziała, byłoby dużo łatwiej... nie. Nie byłoby łatwiej, ona nie może się niczego dowiedzieć. Naszych uszu dobiegł dźwięk syren.
- Dobra.
Ośmiu dorosłych mężczyzn- sześciu sanitariuszy i dwóch nauczycieli zdołali odsunąć vana i dobiec do nas z noszami. Bella była wścieła za to, że powiedziałem ratownikom o jej upadku podczas gdy sam czułem się świetnie. Nienawidziła być w centrum uwagi a teraz zdecydowanie była. Założono jej kołnierz ortopedyczny a ona zrobiła się czerwona jak burak.
W tym czasie ja przeczesywałem umysły innych, jednak na moje szczęście nikt nie zwrócił uwagi na to jak szybko znalazłem się przy Belli. Oczywiście inni byli zaskoczeni gdy okazało się, że jesteśmy tam razem, ale nie mieli powodu sądzić, że znajdowałem się gdziekolwiek indziej.
Moje rodzeństwo znienawidziło mnie w tym momencie. Miałem tu głównie na myśli Rosalie,ale ani Emmet, ani Jasper nie byli zadowoleni z całego zajścia. Ojciec Belli był już na miejscu, jego przepełnione żalem i poczuciem winy myśli zadawały mi ból jeszcze bardziej. . Kiedy tylko komendant Swan znalazł się przy Belli i odwrócił jej uwagę, wyprostowałem wgniecenie w drzwiach vana, natomiast Emmett zauważywszy moje marne starania załagodzenia dowodów, przeparkował samochód kilka samochodów bliżej.
Słyszałem w myślach sanitariuszy, że Belli prawdopodobnie nic się nie stało, ewentualnie mogłaby doznać szoku, oszołomienia, ale jej stan był stabilny. Kiedy dotarło do mnie, że na pewno nic jej nie grozi odetchnąłem z ulgą, ale nadal chciałem by Carlise zrobił jej wstępne badania jak najszybciej.
Po dotarciu do szpitala zauważyłem następne nosze, na których leżał obandażowany Tayler Crowley. Wniesiono go na salę i położono obok Belli. Co się dzieje Edwardzie? Carlise usłyszał moje kroki. Sam ruszył w moją stronę. Na korytarzu nie było żywej duszy, ale przeszliśmy do jego gabinetu.
- Carlise ja musiałem to zrobić, nie było wyjścia. Alice to zobaczyła, a ja nie mogłem przecież pozwolić aby stała jej się krzywda.
- Co? Jaka krzywda, komu?- Belli?
- Alice zobaczyła jak van wpada w poślizg a ona tam stała... przebiegłem natychmiast parking, to był impuls, jak mógłbym pozwolić jej zginąć.
- I ktoś to zauważył?
- Oprócz niej to nikt. Wiedziała, że stałem za daleko by dobiec, a potem jeszcze zatrzymałem tego vana i... zamaskowałem dowody, ale ona się nie podda?- Nie podda? - Nie. Potwierdzi moją wersję wydarzeń, ale mam jej wszystko wyjaśnić.
- Edwardzie, nic się nie stało, postąpiłeś słusznie. Możemy opuścić Forks, nawet jeśli coś powie to nikt jej nie uwierzy, a ona sama nam nie jest groźna. Kto uwierzy nastolatce, że chłopak z szkoły to bajkowa postać?- Nie podobało mi się takie określenie, ani siebie ani Belli.
- Ona jest inteligentna, nie jest jak inni.- Odparłem dość szorstko. Carlise uśmiechnął się do mnie. Jest wyjątkowa, tak? - Uważam, że powinieneś ją przebadać, zrobisz to dla mnie?
- Oczywiście synu, porozmawiamy o tym wszystkim na spokojnie w domu.
Wyszedłem przed drzwi szpitala przysłuchując się personelowi. Belli się nie nudziło, Tayler przepraszał ją co drugie zdanie. Jego myśli były natarczywe, głośniejsze niż innych. To nim zajęli się lekarze. Miał zdecydowanie poważniejsze obrażenia od dziewczyny z diagnozy lekarzy, ale to mnie nie uspokoiło. Sam Carlise nie pokazywał się jeszcze, musiał być ostrożny.
Patrząc oczami Taylera dostrzegłem w twarzy Belli niekryte zniecierpliwienie. Nie uśmiechało jej się tłumaczyć po raz kolejny, że nic jej nie jest.
- Jak ci się udało uciec? Stałaś koło auta i nagle już cię nie było.- Zamarłem gdy usłyszałem pytanie chłopaka. Czy teraz wszystko się wyda?
- Ee- zawahała się- Edward skoczył i pociągnął mnie ze sobą.- Odetchnąłem i pokręciłem głową z uśmiechem i ulgą.
- Kto taki?
- Edward Cullen. Wiesz stał tuż obok.- dziewczyna nie potrafi kłamać, ale cóż. Najważniejsze, że nie powiedziała tego co widziała. Tayler nie szczególnie skupił się na dalszej rozmowie, stwierdził natomiast w myślach, że Bella wygląda całkiem atrakcyjnie i zdziwił się sam sobie, ze wcześniej do niej nie zagadał. Powinienem był zaprosić ją na randkę. Prychnąłem. Wystarczająco długo mnie nie było. Nie będzie gadała. Wiedziałem to. I zanim się zorientowałem ruszyłem w stronę pokoju. Wszedłem do sali, Bella leżała z stoickim spokojem i zamkniętymi oczami. Stanąłem w nogach jej łóżka i przyglądałem z uśmiechem. Była taka blada i opanowana. Jej twarzy nie wykrzywiał, żaden grymas.
- Czy ona śpi?- Natychmiast otworzyła oczy i spojrzała na mnie obrażonym tonem. Była przy tym taka zabawna, że z trudem powstrzymywałem uśmiech.
- Cześć Edward, naprawdę tak mi...- uniosłem rękę aby go uciszyć. Posłuchał. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać po raz kolejny jak przeprasza, za całe zamieszanie. Nie on mnie interesował.
- Nie ma krwi, nie ma żalu.- Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, jakby chcąc przekazać co mam na myśli. Usiadłem na skraju łóżka Tayera, nie ryzykując na tyle by zrobić to na łóżku Belli. Patrzyłem na nią pełen cierpliwości, była na mnie naprawdę zła. Było mi z jednej strony przykro, ale jej upór i zawziętość były całkiem uroczę. Uśmiechałem się nonszalancko.
- No i jaka diagnoza?
- Nic mi nie jest, ale muszę tu siedzieć.- Założyła ręce na piersi jak mała dziewczynka.- Jak udało ci się uniknąć noszy, co?
- Mam znajomości, nic się nie martw. Zaraz wyjdziesz.- Puściłem do niej perskie oko. Wszystko w porządku, wyniki są dobre, brawo Edwardzie. Doktor Cullen wszedł do pomieszczenia i spojrzał na mnie znacząco.
- A zatem, panno Swan, jak się czujemy?
- Dobrze.- Odpowiedziała na prawdę zniecierpliwionym tonem.
- Wygląda ładnie, głowa Cię nie boli? Edward mówił, że się na prawdę mocno uderzyłaś.
- Nic mi nie jest.- Odparła zrezygnowana, widać było, że na prawdę dość powtarzania tego po raz setny. Carlise obadał jej czaszkę, dotykając palcami punktów na głowie. Dziewczyna drgnęła gdy jego palce natrafiły na guza, a ja zadrżałem niespokojnie. Jakim cudem udawało mu się zachować tak delikatnie, to nie było fair, ja nie mogłem dotknąć jej z obawy przed zrobieniem jej krzywdy.
Krew Taylera nie robiła na mnie żadnego wrażenia przy krwi Belli, a przecież to nie ona krwawiła z różnych drobnych punkcików na twarzy. To było zupełnie co innego.
- Boli?
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.- Skromna jak zawsze. Założę, się że ból jest dużo większy niż okazała, ale przecież ona taka była. Nie chciała aby skupiano się właśnie na niej. Tak krucha a tak dzielna dziewczynka.
- No cóż – powiedział Carlisle.- Twój ojciec czeka na zewnątrz - może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.
Przebiegłem po myślach ludzi znajdujących się dookoła. Rzeczywiście, zniecierpliwiony komendant czekał na swoją córkę na korytarzu. Ciche myśli miała na pewno po nim. W jakimś stopniu. On sam nie rzucał się w oczy, a co dopiero Bella, której w ogólnie nie mogę usłyszeć.
- Nie mogę wrócić na lekcje?
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić – zasugerował Carlisle. Spojrzała na mnie rozpaczliwie
- Czy on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy – powiedziałem.
- W rzeczy samej, większość uczniów czeka na zewnątrz.
Bella patrzyła na mnie takim wzrokiem jak gdybym co najmniej zdradził jej największy sekret, mimo, że to ona niechybnie stała się powierniczką mojego sekretu. Po części.
- O nie- jęknęła z żalem. Zakryła twarz dłońmi. Tym razem jej reakcja mnie nie zaskoczyła.
- Chcesz zostać? – zapytał Carlisle.
- Nie, nie! – odparła tak szybko, automatycznie podnosząc się z łóżka. Zatoczyła się, wstała zbyt szybko i zakręciło jej się w głowie. Upadła wprost w ramiona Carlisle’a. Złapał ją i pomógł stanąć prosto. Szkoda, że we mnie się tak nie zatoczyła, mógłbym ją złapać i przytrzymać chwilę przy sobie. Zakuło w brzuchu. Nie wiem tylko czy nie zrobiłbym jej przy tym większej krzywdy.
.- Nic mi nie jest – Odparła zawstydzona.
- Weź tylenol, jakby mocno bolało . Nie jest tak źle. - Carlisle uśmiechnął się do niej przyjaźnie i wypisał receptę.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście.
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok.- Odparła wyraźnie zmienionym tonem. Chłodnym. Przy czym spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Ach. No tak.- Przytaknął.
Wyszliśmy na korytarz, gdzie Bella od razu skorzystała z okazji.
- Możemy pogadać? - szepnęła. Wypuściłem powietrze z płuc.
.- Ojciec na ciebie czeka- Bądź ostrożny, Edwardzie.
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko - kontynuowała łamiącym się głosem.
Owszem miałem coś przeciwko, nawet wiele rzeczy. Żałowałem, że nie mogę wymazać tego co było z jej pamięci.
Szedłem nader szybko a ona truchtała za mną jak piesek. Było mi jej żal i głupio za moje zachowanie, ale nie mogłem inaczej postąpić. To chroniło mnie i moją rodzinę.
- Czego chcesz? – Odwróciłem się i spojrzałem na nią groźnie.
Wrogość i chłód mojego tonu sprawił, że odskoczyła ode mnie.Spojrzała na mnie zaskoczona i ze strachem…
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić- Powiedziała cicho. z jej tonu jasno można było wywnioskować, że ciężko przychodzi jej ta rozmowa tak jak i mnie. Była bledsza niż zazwyczaj.
.- Uratowałem ci życie. Starczy.- Przeszły ją ciarki. Raniłem ją każdym zdaniem. Tak właśnie się z nią żegnałem. Wiedziałem przecież, że nie mogę żyć przy niej i jednocześnie trzymać się od niej z daleka.
- Obiecałeś – szepnęła.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury.
- Z moją głową jest wszystko w porządku.- Wkurzyła się nie na żarty. Wiedziała, że coś ukrywam. Wiedziała, że kłamię.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć?
- Chcę poznać prawdę. Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi kłamać. - Zasłużyła na to by ją poznać a ja nienawidziłem siebie coraz bardziej, ale nie mogłem jej ulec.
- A co według ciebie się niby wydarzyło? - Warknąłem.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś blisko. Tyler też cię nie widział,wiec nie mów, że uderzyłam się w głowę i miałam omamy. A potem van pędził prosto na nas, ale mimo to nas nie staranował, a twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia. W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś wgniecenie. I nic ci się nie stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś… - Łzy napłynęły jej do oczu. Płakała. Przeze mnie. Widziała wszystko, była bardzo spostrzegawcza, jak na tak krótką i szybką chwilę, byłem w szoku, że zdołała zapisać w pamięci każdą z tych chwil.
- Uważasz, że podniosłem vana? - Zakpiłem z niej- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy.- Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać.- Wiedziałem to. Jej oczy mówiły wszystko. Ale dlaczego tak się uparła aby dowiedzieć się. Dlaczego nie mogła po prostu zrozumieć, że jest coś na rzeczy i nie dowie się co. Uparta dziewczyna... Po co jej to, przecież ona nikomu nie powie, nie musiałbym ... ugh.
- Więc po co to wszystko?
- Dla mnie samej – odparła poważnie. – Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym poznać powód.
- Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?- Zacisnąłem szczęki. Starałem się być surowy i opanowany. Chociaż ból był nie do zniesienia.
- Dziękuję- sapnęła cicho.
Czekała na moją reakcję.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie… Mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.- Chciałem jej powiedzieć. Na prawdę chciałem, ale nie mogłem, mimo wszystko. Mimo, że... ufałem jej. Mierzyliśmy się wzrokiem. Jej złość była urocza... jak walczące kocię, próbujące jeszcze bez ząbków zagryźć potencjalnego przeciwnika. Była czerwona bardziej niż kiedykolwiek.
- Po co się w ogóle fatygowałeś?- Zaskoczyła mnie. Sam nie zadałem wcześniej sobie tego pytania i nie pomyślałem by ona miałaby mi je zadać. Dlaczego uratowałem jej życie? Kim ona dla mnie była? Czy poświęciłbym się tak dla kogoś innego?
- Nie wiem.- Odpowiedziałem szczerze. Spojrzałem na nią po raz ostatni. Ból, który czułem piekł wszystkie moje wnętrzności. Odwróciłem się i wyszedłem.
wtorek, 31 maja 2016
niedziela, 29 maja 2016
Rozdział 2: Nie do odgadnięcia
Odwiozłem moje rodzeństwo pod dom, ale nie miałem odwagi, spojrzeć Esme w oczy... zanim reszta zrozumie co mną kieruje, mnie już tu dawno nie będzie.. jednak miałem obawy. Kiedy Alice rzuciła mi ostatnie zmartwione spojrzenie z piskiem opon wycofałem samochód. Wiedziałem, że nie mam na tyle paliwa aby dojechać na miejsce od razu dlatego wpierw spotkałem się z Carlisem. Nie miałem ochoty zatrzymywać się gdzieś, by zatankować wóz i popełnić ten błąd i zawrócić. Musiałem jak najszybciej znaleźć się daleko stąd.
- Carlise- wparowałem z impetem do szpitala, kierując się w stronę biura przybranego ojca. Edwardzie, co się dzieje? Pomyślał zaniepokojony. - Wyjeżdżam. Na stałe.Powiedz mi, że słusznie postępuję, Carlise.. ja...- pierwszy raz czułem coś takiego. Niewyobrażalną nienawiść do siebie, większą niż kiedykolwiek.
- Jeśli postępujesz według własnego sumienia, a wiesz, że to będzie najlepsze, to tak. Ta decyzja jest słuszna, synu.- Jednak, sądzę, że znalazłoby się inne rozwiązanie, nie możesz przecież uciekać przez jedną małą dziewczynkę. Carlise pomyślał to, za co ja się karciłem przez ostatnią godzinę.
- Wiem to, ale nie możemy ryzykować, to może zniszczyć nas wszystkich, to ogromne ryzyko.- I ból. Pomyślałem, lecz nie dodałem tego. - Pożycz mi swój wóz, nie dojadę moim bez przystanku, a nie ma czasu do stracenia.
- Bierz, jasne. Powodzenia. Wiem, że postępujesz dobrze.- Mądry z Ciebie chłopak, pamiętaj, że zawsze możesz wrócić. Drzwi dla Ciebie nigdy nie będą zamknięte.
- Dziękuję ojcze.- Spojrzałem na niego, tym wzrokiem, którym wściekły, cierpiący śmiertelnik patrzy przez łzy.
Opierałem się o mokrą ścianę śniegu przed domem, głęboko zamyślony. Oddychałem świeżym, czystym powietrzem, tak niesamowicie przepływający przez nozdrza. Carlise ma rację. Jak jakaś dziewczynka może wywoływać takie emocje? Żebym przez nią opuszczał rodzinę? Jak mogę sprawiać im taką przykrość. Tchórz! Plułem sobie w brodę za moje zachowanie. Tu jesteś, Edwardzie! Tanya, szukała mnie od dłuższej chwili
- Edwardzie, jak się czujesz?- Zbliżyła się do mnie na jednoznaczną odległość, lecz nie zareagowałem.
- Tak jak widać- posłałem jej wymuszony uśmiech, który momentalnie powrócił do poprzedniego stanu. Nie chcesz tu być... Nie ma szans na życie tutaj z nami. Ze mną...
- Więc... jaką podjąłeś decyzję?- Bynajmniej nie chodziło konkretnie o mój powrót do domu. Spróbowała spojrzeć mi w oczy. Jej miały ten sam złocisty odcień, co nasz gdy jesteśmy najedzeni... jeśli tak to można nazwać. Wiedziałem o jej uczuciach żywionych do mnie. Nie miałem jej nigdy tego za złe, oczywiście, wiedziała jednak, że nie odwzajemniam jej uczuć. Moim przyjazdem tutaj dałem jej jednak niechybną nadzieję. Źle odczytała moje intencje, kiedy dwa dni temu pojawiłem się u progu ich drzwi z zapytaniem czy znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego wampira. Denalczykowie tak jak nasza rodzina, stronili od picia ludzkiej krwi, Tanya przekonała siostry do "wegetarianizmu" podobnie jak Carlise. Blondynka ledwie odczuwalnie przejechała swoją dłonią po moim przedramieniu, aż po dłoń. Jej skóra świeciła w blasku księżyca, była idealna. Tak idealna jak każdy z nas. Ale nie była moim ideałem. Odsunąłem się od niej, ale tak aby nie sprawić jej przykrości.
- Tanyeo, proszę, znasz moją odpowiedź
- Miałam tylko nadzieję, ale rozumiem to. Kiedy chcesz wrócić?
- Nie wiem. Wyjadę dziś, zapoluję. Porozmyślam. - Skinęła głową i uśmiechnęła się smutno. Nic więcej nie powiedziała.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem na wschód, najgłębiej w lasy, gdzie mogłem polować do woli.
Musiałem dokładnie przygotować się na powrót, nie mogłem pozwolić by coś poszło nie tak.
Przez dwa kolejne dni liczyło się tylko polowanie, najlepszymi, największymi i najdojrzalszymi zwierzętami, a kiedy czułem się pełen, odczekiwałem chwilę czasu w zamyśleniach, w wyobrażaniu sobie jak wszystko ma wyglądać. Kiedy ta krucha istotka patrzyła się na mnie z przerażeniem... co ona mogła o mnie pomyśleć? Nic innego niż to, że jestem nienormalny... ale na pewno wyczuła we mnie zagrożenie, drapieżnika.
Edwardzie, tak się martwiłam! Esme, złota kobieta, jak mogłem ich tak zostawić?
- Przepraszam was, na prawdę mi przykro- Nie kłamałem. Tęskniłem za domem i czułem się okropnie kiedy opuszczałem Forks bez moich braci i sióstr jak i Esme z Carlisem. Idiota, co on sobie wyobraża?
- Dzięki Rosi, za miłe powitanie- uśmiechnąłem się szeroko, a ona posłała mi mordercze spojrzenie.
- Edward, co się stało? Dlaczego wyjechałeś tak... bez żadnego ostrzeżenia, z jakiego powodu?- Zatroskany wzrok matki wzbudził we mnie jeszcze większe wyrzuty sumienia. Spojrzałem ukradkiem na Alice, Nie powiedziałam im. A ja jej uwierzyłem. Jednak mina Jaspera mówiła sama za siebie. Byłem wdzięczy za zachowany sekret, jednak wiedziałem, że Jasper bardziej od kogokolwiek oczuwa w tej sytuacji ból. Ból jakim jest zmartwiona, Alice. Jej oczy zamgliły się na moment a następnie spojrzała na mnie, uśmiechnęła się do mnie z ulgą na twarzy. Zobaczyła jak przeprowadza za moją zgodą rozmowę z Jasperem co mnie dręczy a z powodu jej wizji- o których zdążyłem się trochę dowiedzieć chociaż niezgrabnie ukrywała myśli przede mną- również ją. Wiedziałem, że prędzej czy później i reszta rodziny, Esme, Emmett a nawet Rosalie będą musieli dowiedzieć się co jest grane. Mimo to postanowiłem ukrywać jak najdłużej większość tego co mnie gnębiło.
- Ostatnie wydarzenie miało miejsce z powodu mojej niejakiej słabości... Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego. Ta nowa dziewczyna, jej zapach... - Zacząłem
- Isabella Swan?- Zakpiła Rose
- Bella- poprawiłem, zaś blondynka uniosła brew- tak, ona. Nie ważne... chodzi po prostu o to, że zapach jej krwi działa na mnie silniej niż innych ludzi, ja... wystraszyłem się, dlatego wyjechałem.- Wyjaśniłem im pokrótce całą sytuację, nie mówiąc nic o strzępkach wizji Alice ani o moim opiekuńczym zapale do Belli, który zaś prawdopodobnie był spowodowany zawiścią jej koleżanki, Jessiki, na którą Bella nie zasłużyła.
Reakcja mojego rodzeństwa była taka jakiej się mogłem spodziewać. Oczywiście uważali za głupotę mój wyjazd, ale nikt przecież nie miał mi za złe tego co czułem. Emmett sam miał podobny przypadek i pozwalał sobie na... Nie. Nie zrobiłbym tego Carlisowi. Oni o tym doskonale wiedzą.
Nazajutrz rodzeństwo otoczyło mnie ściśle, jakby próbowali ukryć mnie przed zapachem dziewczyny. Wchodząc na stołówkę, Alice próbowała przewidzieć jej każdy ruch, Emmet stał niczym bodygard w tanim klubie, Rosalie szła z uniesioną głową, zniecierpliwiona całym zamieszaniem, a Jasper starał się kontrolować nasze emocje, jednakże skupiał się najbardziej na Alice bo pierwszy raz wiedział więcej na temat jej wizji niż ktokolwiek z naszej rodziny.
- Na prawdę dajcie spokój- powiedziałem zmieszany tą całą sytuacją, siadając do naszego stolika.
- Wchodzi Bella, uwaga- spiorunowałem ją wzrokiem, ale Alice była święcie przekonana, że to mi pomoże przygotować się na wszystko zawczasu. Zapach dziewczyny w tym klimatyzowanym całkiem sporym pomieszczeniu, mieszał się z innymi, więc nie działał na mnie aż tak silnie, chociaż wyczułem go od razu gdy tylko weszła do środka. Wstrzymałem oddech. Była w towarzystwie Jessiki i Mike Newtona. Spojrzałem na nią badawczym wzrokiem łudząc się, że szwankowałem, że jej zapach mnie otumanił... iż tym razem usłyszę jej myśli, ale spotkało mnie oczekiwane rozczarowanie. Cisza. Ta sama cisza co za pierwszym razem. Dlaczego akurat ona? Zadawałem sobie pytanie. Podsłuchałem, więc Jessicę, jednak nic ciekawego się nie dowiedziałem. Cieszyła się, że Mike rozmawia teraz z nią, a Bella stoi za nimi i się nie wtrąca. Oboje ekscytowali się pierwszym śniegiem, jednak Bella nie wyglądała na zachwyconą. Coś się stało, czy po prostu się zamyśliła? Jakież irytujące jest nie wiedzieć co ktoś myśli. Zauważyłem, że Bella spięła mięśnie w tym samym czasie gdy koleżanka zapytała ją co chce wziąć.
- Co z nią?- Mike zaniepokoił się spoglądając na Bellę. Stała do mnie tyłem więc nie mogłem zobaczyć jej wyrazu twarzy, ale po myślach Mike'a widziałem, że na bladych policzkach wystąpiły silne rumieńce, a oddech jej przyspieszył, czego sam Mike wcale nie dostrzegł, widział tylko jej zdenerwowanie.
- Nic, nic, wezmę tylko napój- Bella blado się uśmiechnęła do niego. Może źle się czuła, bolał ją brzuch? Czy nie powinna w takim razie iść do pielęgniarki bądź zwolnić się z zajęć? A może ma dziś sprawdzian i jest zestresowana? Przewertowałem szybko myśli każdego nauczyciela, ale nic nie usłyszałem o żadnym sprawdzianie.
- Nie jesteś głodna?- Jessica spojrzała na nią podejrzliwie. Dziwaczka, co Mike w niej widzi? Ten natomiast znów próbował dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Głupi chłopak, przecież od razu widać, że nie jest w porządku, dlaczego on nie zaprowadzi jej do pielęgniarki? Zadawałem sobie to pytanie, ale ta myśl wywołała we mnie dziwne odczucie.
- Zaraz się spojrzy w naszą stronę- spojrzałem z irytacją na siostrę, ale Emmett wyszczerzył się złośliwie
- Czas na mały pokaz- Nachylił się nad stolikiem i potrząsnął głową jak pies. Krople stopniałego śniegu opryskały odchylające się dziewczyny
- Na prawdę, kochanie?- Rosalie spojrzała na niego z oburzeniem, ale nawet ja nie mogłem powstrzymać się przed zaśmianiem. Chodzi o Cullena? Automatycznie spojrzałem w kierunku Jessiki, dziewczyny patrzyły na mnie, jednak Bella natychmiast spuściła wzrok, a włosy zakryły jej twarz.
- Edward Cullen się na ciebie gapi- dziewczyna szepnęła Belli do ucha. O co mu chodzi, od kiedy on na kogoś patrzy...
- I nie jest wściekły, prawda?- Ach, jednak. Jednak zauważyła moje zachowanie z zeszłego tygodnia. Przecież wiedziałem, że tak było, ale to sprawiło mi niechybnie ból, wystraszyłem ją. Czy jest możliwe by się mnie bała?
- Skąd, a ma jakieś powody?- Czyżby nasza Bella zaszła komuś za skórę?
- Chyba za mną nie przepada- dziewczyna zniżyła ton, a policzkiem dotknęła ramienia. Brawo Edwardzie, Takie ma zdanie teraz, Szybko jednak wyrzuciłem karcącą siebie myśl, co mnie obchodzi czyjeś zdanie, czy była jedyna z dziwnym odczuciem w stosunku do mnie? Może nie miała żadnych odczuć, przecież mogła tylko tak zrozumieć, ale nie przejmować się tym.
- Ale on nadal się na Ciebie gapi- wróciłem do słuchania ich rozmowy
- A Ty na niego. Przestań- Bella skarciła koleżankę. Byłem ciekaw ich dalszej rozmowy, jednak w tym samym momencie przerwał im Mike. Proponował bitwę na śnieżki po szkole, zerknąłem za okno uśmiechając się w duchu, iż pogoda ma inne plany niż on. Nie przypadł mi do gustu ten Mike, widział w Belli jedną z gąsek, myśli o niej miał jednoznaczne. Grupą, wraz z kolegami Newtona i Angelą Weber, ruszyli w stronę wyjścia, chociaż Bella ociągała się za nimi. Usłyszałem jak wspólnie wszyscy jęknęli głośno, gdy zobaczyli kałuże roztopionego śniegu i deszcz. Wszyscy poza Bellą. Znów odstawała czymś od reszty ludzi, czyżby nie lubiła śniegu? Czy ukrywała swój zawód w przeciwieństwie do reszty. Ale wydawało mi się, że wyglądała na zadowoloną, więc kto wie. Ha! Pierwszy raz nie ja.
Wyszliśmy z stołówki jako jedni z ostatnich, przeciągałem moment, w którym będę musiał się zmierzyć z dziewczyną sam na sam. No... prawie sam na sam. Kiedy wchodziłem do klasy Bella siedziała już na swoim miejscu z głową spuszczoną w dół, tak aby włosy zakrywały jej twarz. Wstrzymałem oddech i podszedłem, odsunąwszy krzesło odezwałem się najłagodniejszym tonem jakim umiałem
- Hej, nazywam się Edward Cullen. Nie miałem okazji przedstawić się w zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bellą Swan,- Dziewczyna spojrzała na mnie całkowicie zmieszana
- Skąd wiesz jak mam na imię?- Zapytała szczerze. Zaśmiałem się, chyba zdawała sobie sprawę, że każdy je znał zanim jeszcze przyjechała.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem.- Skrzywiła się. Nie spodobało jej się, że właśnie tak było, ale wciąż patrzyła podejrzliwie.
- Nie o to mi chodziło, skąd wiedziałeś, że powinieneś powiedzieć "Bella"?- Teraz ja się zdziwiłem, byłem pewien, że tak własnie poprawiała każdego, pierwszego dnia, czyżbym się mylił?
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę, ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata, nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nie użył tego zdrobnienia, witając się ze mną.- O to jej chodziło! A więc strzeliłem gafę. Nie powinienem przecież wiedzieć o jej zdrobnieniu, gdybym był zwykłym śmiertelnikiem.
- Ach, tak.- Nie wiedziałem co powiedzieć, jak jej to wytłumaczyć, na szczęście, pan Banner w tej chwili rozpoczął lekcję, a dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę. Przeczesała włosy palcami, a jej zapach dopadł moich nozdrzy i płuc. Zacisnąłem palce na skraju ławki i przymknąłem oczy. Musiałem się opanować.
- Do dzieła- zakończył swój monolog,nauczyciel. Mieliśmy dopasować fazy mitozy komórek z czubka korzenia cebuli. Prościzna. Postanowiłem postawić na uprzejmość
- Jak sądzisz, partnerko, panie przodem?- Uśmiechnąłem się do niej, aby potwierdzić jakoż nie jestem negatywnie nastawiony. Patrzyła na mnie dłuższą chwilę, czyżby nie wiedziała za co się zabrać? Może boi się zrobić coś źle, a to ja powinienem zacząć aby ją ośmielić.
- Albo może ja zacznę , jeśli nie masz nic przeciwko.
- Już się biorę do roboty- odpowiedziała, zalewając się rumieńcem. Krew przepłynęła jej szybciej a mnie, zapiekło w gardle. Cudowny kolor pod prawie przeźroczystą skórą, powoli pokrywał jej policzki. Pierwsze szkło umieściła pod mikroskopem, spojrzała przelotem w okular mikroskopu.
- To profaza- Oznajmiła, pewna siebie. Zabrała się do przekładania szkiełka. Czyżby zgadywała, czy rzeczywiście wiedziała?
- Pozwolisz, że zajrzę?- Położyłem dłoń na jej dłoni w ramach zatrzymania jej ruchu. Jej skóra była taka miękka i tak ludzko ciepła, że gdyby było to możliwe przeszedłby mnie dreszcz. Dziewczyna wzdrygnęła się pod moim dotykiem, natychmiast zabrałem rękę. Jej reakcja nie była niczym dziwnym, ale ukłucie bólu w sercu, że tak reaguje było silne. Przypomniało mi to jak strasznym potworem jestem.
- Przepraszam- wymamrotałem. Kolejny błąd. Spojrzałem w mikroskop, dziewczyna miała rację- Profaza.- Zapisałem na arkuszu, po czym wymieniłem szkło.
- Anafaza- wpisałem w drugiej rubryce.
- Pozwolisz?- Poprosiła. Uśmiechnąłem się nieco zdziwiony, przecież się nie mylę. Przesunałem ostrożnie mikroskop, tak by nie dotknąć jej znów. Nie chciałem by czuła się niekomfortowo.- Preparat numer trzy?- Wyciągnęła ku mnie rękę. Położyłem szkiełko z największą ostrożnością. Ledwo spojrzała w okular - Interfaza.- Przesunęła narzędzie z powrotem do mnie, zerknąłem i zapisałem nazwę.
Skończyliśmy wcześniej niż inni, Bella nie patrzyła w moją stronę. A ja nie mogłem zrozumieć dlaczego nie mogę jej słyszeć. Miałem jeszcze resztki nadziei, iż z bliska, opanowany ... nie. Nic z tego. Moja sąsiadka spojrzała na mnie ukradkiem.
- Nosisz szkła kontaktowe?
- Nie.- Jakie znów szkła? Mój wzrok jest o niebo lepszy niż śmiertelników, uśmiechnąłem się do niej z niekłamanym zdziwieniem. O czym ta dziewczyna myśli?
- Ach- znów się zalała rumieńcem- Nic takiego. Wydawało mi się, że miałeś jakieś takie inne oczy.- Ugh! Oczywiście, że miałem... ale... dziewczyna jest bardziej spostrzegawcza niż inni. Sińce pod czarnymi oczami. Teraz koloru miodu. Zupełnie nie skojarzyłem tego z faktem noszenia soczewek, zupełnie mnie zaskoczyła. A czemu oni nie pracują? Pan Banner podszedł do nas i spojrzał na arkusz.
- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że byłoby grzecznie dać szanse Isabelli?
- Belli- poprawiłem- Sama zindentyfikowała trzy na pięć.- Nauczyciel spojrzał na dziewczynę.
- Omawiałaś to już?
- Nie z komórkami cebuli.- Odparła nieśmiało.
- Na blastuli sei?
- Tak.
Skinął głową ze zrozumieniem.
- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych?
- Tak.
- Cóż, w takim razie dobrze się złożyło, że siedzicie razem.-Odwrócił się i dodał pod nosem- No proszę, może są jeszcze jakieś szanse dla tej klasy.- A więc rozszerzona biologia. Chciałem wiedzieć jeszcze więcej o niej, skoro już nie mogę czytać jej w myślach.
- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda?- Narzuciłem temat.
- Ja tam się cieszę- odpowiedziała szczerze, a mnie intrygowało, nie lubi śniegu? Czemu przeniosła się tu z upalnego Phoenix, do tego zimnego szarego miejsca. Nie myliłem się, widząc jej reakcję na stołówce.
- Nie lubisz zimna.
- Ani wilgoci.- Ach, co ona tu robi, jak bardzo bym chciał wiedzieć co ona myśli.
- Musisz się tu męczyć.
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Więc jednak. Nie przyjechała tu z własnej woli.
- Więc dlaczego tu przyjechałaś?- Dziewczyna zastanowiła się nad moim pytaniem.
- To trochę skomplikowane- Dla mnie? Och proszę.
- Chyba się nie pogubię.
Uśmiechnąłem się do Belli zachęcająco.
- Moja mama ponownie wyszła za mąż.- A więc to był problem, ojczym.
- To akurat nie jest zbyt skomplikowane. Kiedy dokładnie?
-We wrześniu.- A więc pół roku się z nim męczyła. Hmm, jeśli o to właśnie chodziło
- A ty nie przepadasz za ojczymem?- zasugerowałem. Chciałem by zwierzyła mi się dokładniej z problemu.
- Nie, jest w porządku- czyli to nie w nim tkwi problem?- Może trochę za młody, ale miły.
- Dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz?- Musiałem zapytać w prost, nie rozgadywała się z własnej woli.
- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą- uśmiechnęła się delikatnie. Przeanalizowałem w głowie każdego baseballistę o imieniu Phil.
- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko?
- Raczej nie. Nie jest jakoś specjalnie dobry. Nigdy nie trafił do pierwszej ligi. Często się przeprowadza.- Próbowałem dalej wyciągać z niej informacje.
- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć- zasugerowałem. Obruszyła się, zdenerwowało ją to założenie.
- Nikt mnie nie przysłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczyłem czoło, rzeczywiście robiło się skomplikowanie. Dlaczego przyjechała w najgorsze miejsce dla niej, skoro to nie matka jej kazała. Przyjechała tu z własnej woli? Czy może to ojciec ją namówił. Starałem się nie pokazywać jak bardzo mnie to interesuje, ale ciekawość zżerała mnie od środka.
- Nie rozumiem- poddałem się. Westchnęła, a powietrze przybrało ciepły palący zapach. Zagryzłem wargi i zacisnąłem pięści. Jej zapach tak kusił. A jej przypadkowe ruchy \ przyspieszały cyrkulację powietrza napełniając moje płuca.
- Z początku została ze mną, ale tęskniła- Zaczęła wyjaśniać. Opanowałem się natychmiastowo, chcąc dokładnie ją zrozumieć- Było jej ciężko. Postanowiłam, że lepiej będzie, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem.- dodała martwym tonem.
- Ale teraz to Tobie jest ciężko- wywnioskowałem.
- No to co?
Odpowiedziała prowokacyjnie. Nie interesowało ją jej własne szczęście. Była całkowicie bezinteresowna.
- To chyba nie fair.- Odpowiedziałem buntowniczo. Nie podobało mi się to. Rozumiałem jej podejście, ale to było nie w porządku.
Nikt Ci jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie- Hah. Kto jak kto ale ja to wiem doskonale.
- Obiło mi się o uszy. Odparłem. Spojrzałem jej głęboko w oczy. Ta mała istotka, tak delikatna a tak waleczna, dobra i bezinteresowna. Zamrugała oczami, a mnie skręciło w żołądku.
- Życie nie jest fair i tyle.- Zakończyła. Nie chciałem jeszcze kończyć tej rozmowy.
- Robisz dobrą minę do złej gry.- Podsumowałem.- Ale założę się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak na prawdę cierpisz.- Zaskoczyłem ją tym stwierdzeniem, ale uważam, że było słuszne. Skrzywiła się, czułem, że jestem na właściwym tropie. Nic nie odpowiedziała, więc dodałem
- Czy się mylę?- Nadal nie usłyszałem odpowiedzi- Nie sądzę.
- Co cię to w ogólnie obchodzi?- warknęła, poirytowana. Czułem, że nie chętnie kontynuuje tą rozmowę. Ale miała rację. Co mną kierowało? Co ta ciemnowłosa dziewczyna ma w sobie, że tak chcę to wszystko wiedzieć.
- Dobre pytanie- uśmiechnąłem się sam do siebie. Westchnęła po raz kolejny. Przymknąłem oczy.- Drażnię cię?- Spojrzała na mnie.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie.- Zaskoczyła mnie.- Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze mówiła, że moja twarz to otwarta księga. - Pochmurniała.
- Wręcz przeciwnie- byłem zdziwiony jej odpowiedzią. Otwarta księga? Głowiłem się co może myśleć w danym momencie a każda jej odpowiedź mnie zadziwiała.- Trudno mi cię przejrzeć.- teraz ja zaskoczyłem ją.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów?
- Zazwyczaj nie.- Uśmiechnąłem się szeroko. Nieświadomie przesunęła się w moją stronę a nasze ciała znalazły się nader blisko. Taki kontakt z nią postawił mnie w szoku. Chciałem powiedzieć jej, żeby uważała na siebie gdy jest w pobliżu mnie.
Pan Banner poprosił klasę o uwagę i Bella odwróciła ode mnie wzrok.
Cóż za dziewczyna. Tak skromna i skomplikowana. I w takim niebezpieczeństwie. Rozmawiała z najgroźniejszym potworem na świecie i nie miała o tym pojęcia. Czy postępuję w stosunku do niej w porządku? Wiem kim jestem i dla jej dobra a także własnego i własnej rodziny powinienem trzymać się od niej z daleka, bądź trzymać ją na dystans, a tym czasem to ja miałem problem z tym, że lekcja się kończy a ja nie zdołam jej o nic więcej zapytać. Włosy opadły jej na ramię a ja zesztywniałem. Odsunąłem się od niej, wypuszczając całe powietrze z płuc, a gdy tylko zadzwonił dzwonek poderwałem się i wyszedłem na korytarz.
- Cullen był dziś milusi, co?- Ugh Newton, nie potrzebnie się wtrącasz w nie swoje sprawy, warknąłem w myślach. Jak Ci poszło? Kilka metrów dalej stała Alice i Jasper. Skinąłem do nich głową a dziewczyna uśmiechnęła się znacząco do Jaspera. Natomiast on miał chłodną minę, jedocześnie patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem.
- Było tak źle?- Zapytałem.
- Przez moment, miała szczęście, poradziłeś sobie.
- Jeszcze- dodał Jasper.
Emmet czekał pod salą od Hiszpańskiego.
- Wiem co czujesz, ja nawet nie myślałem o walce z samym sobą.- Wiedziałem co ma na myśli. Ale to nie było to samo. To była przypadkowa kobieta, a Bella... A Bella?
Całą lekcję rozmyślałem nad swoim własnym stwierdzeniem. Lekcja minęła mi szybko, mogłem pogrążyć się w własnych przemyśleniach. Pani Goff znała moje umiejętności, więc pozwalała mi nie uważać na lekcjach.
Po lekcji skierowałem się na parking, oparłem się o samochód czekając na rodzeństwo. Bella właśnie wyszła z sali gimnastycznej. Opatuliła się kurtką i wsiadła do swojego chevroleta. Nie zauważyła mnie. Rozczarowało mnie to. Przeczesała mokre włosy i związała. Spojrzała się na mnie podczas wycofywania auta, odwróciła natychmiast wzrok. Była zaskoczona i mało co nie uderzyła w inny samochód. Ponowiła manewr z taką ostrożnością, że mnie rozczuliła i rozbawiła, zauważyła to. Jej wyblakła furgonetka nie minęła mnie, ale Bella zauważyła moją reakcję. Zawstydzona skuliła się i pośpiesznie opuściła parking.
- Carlise- wparowałem z impetem do szpitala, kierując się w stronę biura przybranego ojca. Edwardzie, co się dzieje? Pomyślał zaniepokojony. - Wyjeżdżam. Na stałe.Powiedz mi, że słusznie postępuję, Carlise.. ja...- pierwszy raz czułem coś takiego. Niewyobrażalną nienawiść do siebie, większą niż kiedykolwiek.
- Jeśli postępujesz według własnego sumienia, a wiesz, że to będzie najlepsze, to tak. Ta decyzja jest słuszna, synu.- Jednak, sądzę, że znalazłoby się inne rozwiązanie, nie możesz przecież uciekać przez jedną małą dziewczynkę. Carlise pomyślał to, za co ja się karciłem przez ostatnią godzinę.
- Wiem to, ale nie możemy ryzykować, to może zniszczyć nas wszystkich, to ogromne ryzyko.- I ból. Pomyślałem, lecz nie dodałem tego. - Pożycz mi swój wóz, nie dojadę moim bez przystanku, a nie ma czasu do stracenia.
- Bierz, jasne. Powodzenia. Wiem, że postępujesz dobrze.- Mądry z Ciebie chłopak, pamiętaj, że zawsze możesz wrócić. Drzwi dla Ciebie nigdy nie będą zamknięte.
- Dziękuję ojcze.- Spojrzałem na niego, tym wzrokiem, którym wściekły, cierpiący śmiertelnik patrzy przez łzy.
Opierałem się o mokrą ścianę śniegu przed domem, głęboko zamyślony. Oddychałem świeżym, czystym powietrzem, tak niesamowicie przepływający przez nozdrza. Carlise ma rację. Jak jakaś dziewczynka może wywoływać takie emocje? Żebym przez nią opuszczał rodzinę? Jak mogę sprawiać im taką przykrość. Tchórz! Plułem sobie w brodę za moje zachowanie. Tu jesteś, Edwardzie! Tanya, szukała mnie od dłuższej chwili
- Edwardzie, jak się czujesz?- Zbliżyła się do mnie na jednoznaczną odległość, lecz nie zareagowałem.
- Tak jak widać- posłałem jej wymuszony uśmiech, który momentalnie powrócił do poprzedniego stanu. Nie chcesz tu być... Nie ma szans na życie tutaj z nami. Ze mną...
- Więc... jaką podjąłeś decyzję?- Bynajmniej nie chodziło konkretnie o mój powrót do domu. Spróbowała spojrzeć mi w oczy. Jej miały ten sam złocisty odcień, co nasz gdy jesteśmy najedzeni... jeśli tak to można nazwać. Wiedziałem o jej uczuciach żywionych do mnie. Nie miałem jej nigdy tego za złe, oczywiście, wiedziała jednak, że nie odwzajemniam jej uczuć. Moim przyjazdem tutaj dałem jej jednak niechybną nadzieję. Źle odczytała moje intencje, kiedy dwa dni temu pojawiłem się u progu ich drzwi z zapytaniem czy znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego wampira. Denalczykowie tak jak nasza rodzina, stronili od picia ludzkiej krwi, Tanya przekonała siostry do "wegetarianizmu" podobnie jak Carlise. Blondynka ledwie odczuwalnie przejechała swoją dłonią po moim przedramieniu, aż po dłoń. Jej skóra świeciła w blasku księżyca, była idealna. Tak idealna jak każdy z nas. Ale nie była moim ideałem. Odsunąłem się od niej, ale tak aby nie sprawić jej przykrości.
- Tanyeo, proszę, znasz moją odpowiedź
- Miałam tylko nadzieję, ale rozumiem to. Kiedy chcesz wrócić?
- Nie wiem. Wyjadę dziś, zapoluję. Porozmyślam. - Skinęła głową i uśmiechnęła się smutno. Nic więcej nie powiedziała.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem na wschód, najgłębiej w lasy, gdzie mogłem polować do woli.
Musiałem dokładnie przygotować się na powrót, nie mogłem pozwolić by coś poszło nie tak.
Przez dwa kolejne dni liczyło się tylko polowanie, najlepszymi, największymi i najdojrzalszymi zwierzętami, a kiedy czułem się pełen, odczekiwałem chwilę czasu w zamyśleniach, w wyobrażaniu sobie jak wszystko ma wyglądać. Kiedy ta krucha istotka patrzyła się na mnie z przerażeniem... co ona mogła o mnie pomyśleć? Nic innego niż to, że jestem nienormalny... ale na pewno wyczuła we mnie zagrożenie, drapieżnika.
Edwardzie, tak się martwiłam! Esme, złota kobieta, jak mogłem ich tak zostawić?
- Przepraszam was, na prawdę mi przykro- Nie kłamałem. Tęskniłem za domem i czułem się okropnie kiedy opuszczałem Forks bez moich braci i sióstr jak i Esme z Carlisem. Idiota, co on sobie wyobraża?
- Dzięki Rosi, za miłe powitanie- uśmiechnąłem się szeroko, a ona posłała mi mordercze spojrzenie.
- Edward, co się stało? Dlaczego wyjechałeś tak... bez żadnego ostrzeżenia, z jakiego powodu?- Zatroskany wzrok matki wzbudził we mnie jeszcze większe wyrzuty sumienia. Spojrzałem ukradkiem na Alice, Nie powiedziałam im. A ja jej uwierzyłem. Jednak mina Jaspera mówiła sama za siebie. Byłem wdzięczy za zachowany sekret, jednak wiedziałem, że Jasper bardziej od kogokolwiek oczuwa w tej sytuacji ból. Ból jakim jest zmartwiona, Alice. Jej oczy zamgliły się na moment a następnie spojrzała na mnie, uśmiechnęła się do mnie z ulgą na twarzy. Zobaczyła jak przeprowadza za moją zgodą rozmowę z Jasperem co mnie dręczy a z powodu jej wizji- o których zdążyłem się trochę dowiedzieć chociaż niezgrabnie ukrywała myśli przede mną- również ją. Wiedziałem, że prędzej czy później i reszta rodziny, Esme, Emmett a nawet Rosalie będą musieli dowiedzieć się co jest grane. Mimo to postanowiłem ukrywać jak najdłużej większość tego co mnie gnębiło.
- Ostatnie wydarzenie miało miejsce z powodu mojej niejakiej słabości... Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego. Ta nowa dziewczyna, jej zapach... - Zacząłem
- Isabella Swan?- Zakpiła Rose
- Bella- poprawiłem, zaś blondynka uniosła brew- tak, ona. Nie ważne... chodzi po prostu o to, że zapach jej krwi działa na mnie silniej niż innych ludzi, ja... wystraszyłem się, dlatego wyjechałem.- Wyjaśniłem im pokrótce całą sytuację, nie mówiąc nic o strzępkach wizji Alice ani o moim opiekuńczym zapale do Belli, który zaś prawdopodobnie był spowodowany zawiścią jej koleżanki, Jessiki, na którą Bella nie zasłużyła.
Reakcja mojego rodzeństwa była taka jakiej się mogłem spodziewać. Oczywiście uważali za głupotę mój wyjazd, ale nikt przecież nie miał mi za złe tego co czułem. Emmett sam miał podobny przypadek i pozwalał sobie na... Nie. Nie zrobiłbym tego Carlisowi. Oni o tym doskonale wiedzą.
Nazajutrz rodzeństwo otoczyło mnie ściśle, jakby próbowali ukryć mnie przed zapachem dziewczyny. Wchodząc na stołówkę, Alice próbowała przewidzieć jej każdy ruch, Emmet stał niczym bodygard w tanim klubie, Rosalie szła z uniesioną głową, zniecierpliwiona całym zamieszaniem, a Jasper starał się kontrolować nasze emocje, jednakże skupiał się najbardziej na Alice bo pierwszy raz wiedział więcej na temat jej wizji niż ktokolwiek z naszej rodziny.
- Na prawdę dajcie spokój- powiedziałem zmieszany tą całą sytuacją, siadając do naszego stolika.
- Wchodzi Bella, uwaga- spiorunowałem ją wzrokiem, ale Alice była święcie przekonana, że to mi pomoże przygotować się na wszystko zawczasu. Zapach dziewczyny w tym klimatyzowanym całkiem sporym pomieszczeniu, mieszał się z innymi, więc nie działał na mnie aż tak silnie, chociaż wyczułem go od razu gdy tylko weszła do środka. Wstrzymałem oddech. Była w towarzystwie Jessiki i Mike Newtona. Spojrzałem na nią badawczym wzrokiem łudząc się, że szwankowałem, że jej zapach mnie otumanił... iż tym razem usłyszę jej myśli, ale spotkało mnie oczekiwane rozczarowanie. Cisza. Ta sama cisza co za pierwszym razem. Dlaczego akurat ona? Zadawałem sobie pytanie. Podsłuchałem, więc Jessicę, jednak nic ciekawego się nie dowiedziałem. Cieszyła się, że Mike rozmawia teraz z nią, a Bella stoi za nimi i się nie wtrąca. Oboje ekscytowali się pierwszym śniegiem, jednak Bella nie wyglądała na zachwyconą. Coś się stało, czy po prostu się zamyśliła? Jakież irytujące jest nie wiedzieć co ktoś myśli. Zauważyłem, że Bella spięła mięśnie w tym samym czasie gdy koleżanka zapytała ją co chce wziąć.
- Co z nią?- Mike zaniepokoił się spoglądając na Bellę. Stała do mnie tyłem więc nie mogłem zobaczyć jej wyrazu twarzy, ale po myślach Mike'a widziałem, że na bladych policzkach wystąpiły silne rumieńce, a oddech jej przyspieszył, czego sam Mike wcale nie dostrzegł, widział tylko jej zdenerwowanie.
- Nic, nic, wezmę tylko napój- Bella blado się uśmiechnęła do niego. Może źle się czuła, bolał ją brzuch? Czy nie powinna w takim razie iść do pielęgniarki bądź zwolnić się z zajęć? A może ma dziś sprawdzian i jest zestresowana? Przewertowałem szybko myśli każdego nauczyciela, ale nic nie usłyszałem o żadnym sprawdzianie.
- Nie jesteś głodna?- Jessica spojrzała na nią podejrzliwie. Dziwaczka, co Mike w niej widzi? Ten natomiast znów próbował dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Głupi chłopak, przecież od razu widać, że nie jest w porządku, dlaczego on nie zaprowadzi jej do pielęgniarki? Zadawałem sobie to pytanie, ale ta myśl wywołała we mnie dziwne odczucie.
- Zaraz się spojrzy w naszą stronę- spojrzałem z irytacją na siostrę, ale Emmett wyszczerzył się złośliwie
- Czas na mały pokaz- Nachylił się nad stolikiem i potrząsnął głową jak pies. Krople stopniałego śniegu opryskały odchylające się dziewczyny
- Na prawdę, kochanie?- Rosalie spojrzała na niego z oburzeniem, ale nawet ja nie mogłem powstrzymać się przed zaśmianiem. Chodzi o Cullena? Automatycznie spojrzałem w kierunku Jessiki, dziewczyny patrzyły na mnie, jednak Bella natychmiast spuściła wzrok, a włosy zakryły jej twarz.
- Edward Cullen się na ciebie gapi- dziewczyna szepnęła Belli do ucha. O co mu chodzi, od kiedy on na kogoś patrzy...
- I nie jest wściekły, prawda?- Ach, jednak. Jednak zauważyła moje zachowanie z zeszłego tygodnia. Przecież wiedziałem, że tak było, ale to sprawiło mi niechybnie ból, wystraszyłem ją. Czy jest możliwe by się mnie bała?
- Skąd, a ma jakieś powody?- Czyżby nasza Bella zaszła komuś za skórę?
- Chyba za mną nie przepada- dziewczyna zniżyła ton, a policzkiem dotknęła ramienia. Brawo Edwardzie, Takie ma zdanie teraz, Szybko jednak wyrzuciłem karcącą siebie myśl, co mnie obchodzi czyjeś zdanie, czy była jedyna z dziwnym odczuciem w stosunku do mnie? Może nie miała żadnych odczuć, przecież mogła tylko tak zrozumieć, ale nie przejmować się tym.
- Ale on nadal się na Ciebie gapi- wróciłem do słuchania ich rozmowy
- A Ty na niego. Przestań- Bella skarciła koleżankę. Byłem ciekaw ich dalszej rozmowy, jednak w tym samym momencie przerwał im Mike. Proponował bitwę na śnieżki po szkole, zerknąłem za okno uśmiechając się w duchu, iż pogoda ma inne plany niż on. Nie przypadł mi do gustu ten Mike, widział w Belli jedną z gąsek, myśli o niej miał jednoznaczne. Grupą, wraz z kolegami Newtona i Angelą Weber, ruszyli w stronę wyjścia, chociaż Bella ociągała się za nimi. Usłyszałem jak wspólnie wszyscy jęknęli głośno, gdy zobaczyli kałuże roztopionego śniegu i deszcz. Wszyscy poza Bellą. Znów odstawała czymś od reszty ludzi, czyżby nie lubiła śniegu? Czy ukrywała swój zawód w przeciwieństwie do reszty. Ale wydawało mi się, że wyglądała na zadowoloną, więc kto wie. Ha! Pierwszy raz nie ja.
Wyszliśmy z stołówki jako jedni z ostatnich, przeciągałem moment, w którym będę musiał się zmierzyć z dziewczyną sam na sam. No... prawie sam na sam. Kiedy wchodziłem do klasy Bella siedziała już na swoim miejscu z głową spuszczoną w dół, tak aby włosy zakrywały jej twarz. Wstrzymałem oddech i podszedłem, odsunąwszy krzesło odezwałem się najłagodniejszym tonem jakim umiałem
- Hej, nazywam się Edward Cullen. Nie miałem okazji przedstawić się w zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bellą Swan,- Dziewczyna spojrzała na mnie całkowicie zmieszana
- Skąd wiesz jak mam na imię?- Zapytała szczerze. Zaśmiałem się, chyba zdawała sobie sprawę, że każdy je znał zanim jeszcze przyjechała.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem.- Skrzywiła się. Nie spodobało jej się, że właśnie tak było, ale wciąż patrzyła podejrzliwie.
- Nie o to mi chodziło, skąd wiedziałeś, że powinieneś powiedzieć "Bella"?- Teraz ja się zdziwiłem, byłem pewien, że tak własnie poprawiała każdego, pierwszego dnia, czyżbym się mylił?
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę, ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata, nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nie użył tego zdrobnienia, witając się ze mną.- O to jej chodziło! A więc strzeliłem gafę. Nie powinienem przecież wiedzieć o jej zdrobnieniu, gdybym był zwykłym śmiertelnikiem.
- Ach, tak.- Nie wiedziałem co powiedzieć, jak jej to wytłumaczyć, na szczęście, pan Banner w tej chwili rozpoczął lekcję, a dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę. Przeczesała włosy palcami, a jej zapach dopadł moich nozdrzy i płuc. Zacisnąłem palce na skraju ławki i przymknąłem oczy. Musiałem się opanować.
- Do dzieła- zakończył swój monolog,nauczyciel. Mieliśmy dopasować fazy mitozy komórek z czubka korzenia cebuli. Prościzna. Postanowiłem postawić na uprzejmość
- Jak sądzisz, partnerko, panie przodem?- Uśmiechnąłem się do niej, aby potwierdzić jakoż nie jestem negatywnie nastawiony. Patrzyła na mnie dłuższą chwilę, czyżby nie wiedziała za co się zabrać? Może boi się zrobić coś źle, a to ja powinienem zacząć aby ją ośmielić.
- Albo może ja zacznę , jeśli nie masz nic przeciwko.
- Już się biorę do roboty- odpowiedziała, zalewając się rumieńcem. Krew przepłynęła jej szybciej a mnie, zapiekło w gardle. Cudowny kolor pod prawie przeźroczystą skórą, powoli pokrywał jej policzki. Pierwsze szkło umieściła pod mikroskopem, spojrzała przelotem w okular mikroskopu.
- To profaza- Oznajmiła, pewna siebie. Zabrała się do przekładania szkiełka. Czyżby zgadywała, czy rzeczywiście wiedziała?
- Pozwolisz, że zajrzę?- Położyłem dłoń na jej dłoni w ramach zatrzymania jej ruchu. Jej skóra była taka miękka i tak ludzko ciepła, że gdyby było to możliwe przeszedłby mnie dreszcz. Dziewczyna wzdrygnęła się pod moim dotykiem, natychmiast zabrałem rękę. Jej reakcja nie była niczym dziwnym, ale ukłucie bólu w sercu, że tak reaguje było silne. Przypomniało mi to jak strasznym potworem jestem.
- Przepraszam- wymamrotałem. Kolejny błąd. Spojrzałem w mikroskop, dziewczyna miała rację- Profaza.- Zapisałem na arkuszu, po czym wymieniłem szkło.
- Anafaza- wpisałem w drugiej rubryce.
- Pozwolisz?- Poprosiła. Uśmiechnąłem się nieco zdziwiony, przecież się nie mylę. Przesunałem ostrożnie mikroskop, tak by nie dotknąć jej znów. Nie chciałem by czuła się niekomfortowo.- Preparat numer trzy?- Wyciągnęła ku mnie rękę. Położyłem szkiełko z największą ostrożnością. Ledwo spojrzała w okular - Interfaza.- Przesunęła narzędzie z powrotem do mnie, zerknąłem i zapisałem nazwę.
Skończyliśmy wcześniej niż inni, Bella nie patrzyła w moją stronę. A ja nie mogłem zrozumieć dlaczego nie mogę jej słyszeć. Miałem jeszcze resztki nadziei, iż z bliska, opanowany ... nie. Nic z tego. Moja sąsiadka spojrzała na mnie ukradkiem.
- Nosisz szkła kontaktowe?
- Nie.- Jakie znów szkła? Mój wzrok jest o niebo lepszy niż śmiertelników, uśmiechnąłem się do niej z niekłamanym zdziwieniem. O czym ta dziewczyna myśli?
- Ach- znów się zalała rumieńcem- Nic takiego. Wydawało mi się, że miałeś jakieś takie inne oczy.- Ugh! Oczywiście, że miałem... ale... dziewczyna jest bardziej spostrzegawcza niż inni. Sińce pod czarnymi oczami. Teraz koloru miodu. Zupełnie nie skojarzyłem tego z faktem noszenia soczewek, zupełnie mnie zaskoczyła. A czemu oni nie pracują? Pan Banner podszedł do nas i spojrzał na arkusz.
- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że byłoby grzecznie dać szanse Isabelli?
- Belli- poprawiłem- Sama zindentyfikowała trzy na pięć.- Nauczyciel spojrzał na dziewczynę.
- Omawiałaś to już?
- Nie z komórkami cebuli.- Odparła nieśmiało.
- Na blastuli sei?
- Tak.
Skinął głową ze zrozumieniem.
- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych?
- Tak.
- Cóż, w takim razie dobrze się złożyło, że siedzicie razem.-Odwrócił się i dodał pod nosem- No proszę, może są jeszcze jakieś szanse dla tej klasy.- A więc rozszerzona biologia. Chciałem wiedzieć jeszcze więcej o niej, skoro już nie mogę czytać jej w myślach.
- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda?- Narzuciłem temat.
- Ja tam się cieszę- odpowiedziała szczerze, a mnie intrygowało, nie lubi śniegu? Czemu przeniosła się tu z upalnego Phoenix, do tego zimnego szarego miejsca. Nie myliłem się, widząc jej reakcję na stołówce.
- Nie lubisz zimna.
- Ani wilgoci.- Ach, co ona tu robi, jak bardzo bym chciał wiedzieć co ona myśli.
- Musisz się tu męczyć.
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Więc jednak. Nie przyjechała tu z własnej woli.
- Więc dlaczego tu przyjechałaś?- Dziewczyna zastanowiła się nad moim pytaniem.
- To trochę skomplikowane- Dla mnie? Och proszę.
- Chyba się nie pogubię.
Uśmiechnąłem się do Belli zachęcająco.
- Moja mama ponownie wyszła za mąż.- A więc to był problem, ojczym.
- To akurat nie jest zbyt skomplikowane. Kiedy dokładnie?
-We wrześniu.- A więc pół roku się z nim męczyła. Hmm, jeśli o to właśnie chodziło
- A ty nie przepadasz za ojczymem?- zasugerowałem. Chciałem by zwierzyła mi się dokładniej z problemu.
- Nie, jest w porządku- czyli to nie w nim tkwi problem?- Może trochę za młody, ale miły.
- Dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz?- Musiałem zapytać w prost, nie rozgadywała się z własnej woli.
- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą- uśmiechnęła się delikatnie. Przeanalizowałem w głowie każdego baseballistę o imieniu Phil.
- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko?
- Raczej nie. Nie jest jakoś specjalnie dobry. Nigdy nie trafił do pierwszej ligi. Często się przeprowadza.- Próbowałem dalej wyciągać z niej informacje.
- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć- zasugerowałem. Obruszyła się, zdenerwowało ją to założenie.
- Nikt mnie nie przysłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczyłem czoło, rzeczywiście robiło się skomplikowanie. Dlaczego przyjechała w najgorsze miejsce dla niej, skoro to nie matka jej kazała. Przyjechała tu z własnej woli? Czy może to ojciec ją namówił. Starałem się nie pokazywać jak bardzo mnie to interesuje, ale ciekawość zżerała mnie od środka.
- Nie rozumiem- poddałem się. Westchnęła, a powietrze przybrało ciepły palący zapach. Zagryzłem wargi i zacisnąłem pięści. Jej zapach tak kusił. A jej przypadkowe ruchy \ przyspieszały cyrkulację powietrza napełniając moje płuca.
- Z początku została ze mną, ale tęskniła- Zaczęła wyjaśniać. Opanowałem się natychmiastowo, chcąc dokładnie ją zrozumieć- Było jej ciężko. Postanowiłam, że lepiej będzie, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem.- dodała martwym tonem.
- Ale teraz to Tobie jest ciężko- wywnioskowałem.
- No to co?
Odpowiedziała prowokacyjnie. Nie interesowało ją jej własne szczęście. Była całkowicie bezinteresowna.
- To chyba nie fair.- Odpowiedziałem buntowniczo. Nie podobało mi się to. Rozumiałem jej podejście, ale to było nie w porządku.
Nikt Ci jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie- Hah. Kto jak kto ale ja to wiem doskonale.
- Obiło mi się o uszy. Odparłem. Spojrzałem jej głęboko w oczy. Ta mała istotka, tak delikatna a tak waleczna, dobra i bezinteresowna. Zamrugała oczami, a mnie skręciło w żołądku.
- Życie nie jest fair i tyle.- Zakończyła. Nie chciałem jeszcze kończyć tej rozmowy.
- Robisz dobrą minę do złej gry.- Podsumowałem.- Ale założę się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak na prawdę cierpisz.- Zaskoczyłem ją tym stwierdzeniem, ale uważam, że było słuszne. Skrzywiła się, czułem, że jestem na właściwym tropie. Nic nie odpowiedziała, więc dodałem
- Czy się mylę?- Nadal nie usłyszałem odpowiedzi- Nie sądzę.
- Co cię to w ogólnie obchodzi?- warknęła, poirytowana. Czułem, że nie chętnie kontynuuje tą rozmowę. Ale miała rację. Co mną kierowało? Co ta ciemnowłosa dziewczyna ma w sobie, że tak chcę to wszystko wiedzieć.
- Dobre pytanie- uśmiechnąłem się sam do siebie. Westchnęła po raz kolejny. Przymknąłem oczy.- Drażnię cię?- Spojrzała na mnie.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie.- Zaskoczyła mnie.- Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze mówiła, że moja twarz to otwarta księga. - Pochmurniała.
- Wręcz przeciwnie- byłem zdziwiony jej odpowiedzią. Otwarta księga? Głowiłem się co może myśleć w danym momencie a każda jej odpowiedź mnie zadziwiała.- Trudno mi cię przejrzeć.- teraz ja zaskoczyłem ją.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów?
- Zazwyczaj nie.- Uśmiechnąłem się szeroko. Nieświadomie przesunęła się w moją stronę a nasze ciała znalazły się nader blisko. Taki kontakt z nią postawił mnie w szoku. Chciałem powiedzieć jej, żeby uważała na siebie gdy jest w pobliżu mnie.
Pan Banner poprosił klasę o uwagę i Bella odwróciła ode mnie wzrok.
Cóż za dziewczyna. Tak skromna i skomplikowana. I w takim niebezpieczeństwie. Rozmawiała z najgroźniejszym potworem na świecie i nie miała o tym pojęcia. Czy postępuję w stosunku do niej w porządku? Wiem kim jestem i dla jej dobra a także własnego i własnej rodziny powinienem trzymać się od niej z daleka, bądź trzymać ją na dystans, a tym czasem to ja miałem problem z tym, że lekcja się kończy a ja nie zdołam jej o nic więcej zapytać. Włosy opadły jej na ramię a ja zesztywniałem. Odsunąłem się od niej, wypuszczając całe powietrze z płuc, a gdy tylko zadzwonił dzwonek poderwałem się i wyszedłem na korytarz.
- Cullen był dziś milusi, co?- Ugh Newton, nie potrzebnie się wtrącasz w nie swoje sprawy, warknąłem w myślach. Jak Ci poszło? Kilka metrów dalej stała Alice i Jasper. Skinąłem do nich głową a dziewczyna uśmiechnęła się znacząco do Jaspera. Natomiast on miał chłodną minę, jedocześnie patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem.
- Było tak źle?- Zapytałem.
- Przez moment, miała szczęście, poradziłeś sobie.
- Jeszcze- dodał Jasper.
Emmet czekał pod salą od Hiszpańskiego.
- Wiem co czujesz, ja nawet nie myślałem o walce z samym sobą.- Wiedziałem co ma na myśli. Ale to nie było to samo. To była przypadkowa kobieta, a Bella... A Bella?
Całą lekcję rozmyślałem nad swoim własnym stwierdzeniem. Lekcja minęła mi szybko, mogłem pogrążyć się w własnych przemyśleniach. Pani Goff znała moje umiejętności, więc pozwalała mi nie uważać na lekcjach.
Po lekcji skierowałem się na parking, oparłem się o samochód czekając na rodzeństwo. Bella właśnie wyszła z sali gimnastycznej. Opatuliła się kurtką i wsiadła do swojego chevroleta. Nie zauważyła mnie. Rozczarowało mnie to. Przeczesała mokre włosy i związała. Spojrzała się na mnie podczas wycofywania auta, odwróciła natychmiast wzrok. Była zaskoczona i mało co nie uderzyła w inny samochód. Ponowiła manewr z taką ostrożnością, że mnie rozczuliła i rozbawiła, zauważyła to. Jej wyblakła furgonetka nie minęła mnie, ale Bella zauważyła moją reakcję. Zawstydzona skuliła się i pośpiesznie opuściła parking.
Subskrybuj:
Posty (Atom)