poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 6: Biologia

Lekcja mijała mi wolniej niż zawsze gdy zniecierpliwiony czekałem na porę lunchu. Siedziałem jak na szpilkach rozmyślając o wszystkim co się wydarzyło zaledwie pół godziny temu. Powiedziała mi "tak". Nie powinienem był się z tego cieszyć, ale to było... ach. Nie do opisania.
Wejrzałem w myśli Mike'a Newtona nie mogąc się powstrzymać by nie poobserwować Belli przez ten czas. Ku mojemu zdziwieniu przyglądał jej się nie z boku, a za nią. Zażenowany wczorajszą sytuacją postanowił nie siadać dziś obok niej. Nie rozmawiał z nią od wczoraj, więc nie wiele konkretów mogłem wywnioskować z jego myśli. Z jednej strony był zadowolony z tego, iż Jessica Stanley się nim interesuje, ale traktował ją jak drugą opcję. Gdyby Bella na dzień przed balem poprosiła by jednak z nią poszedł, bez wahania zrezygnowałby z pójściem z Jessicą i przyjął zaproszenie Belli.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek prawie wybiegłem z klasy i dotarłem do stołówki jako jeden z pierwszych. Postanowiłem usiąść dziś przy innym stoliku niż zawsze. Upatrzyłem miejsce jeszcze bardziej oddalone od innych. Moje przybrane rodzeństwo zostało już wcześniej poinformowane przez Alice o moich planach, więc nie byli zdziwieni moją zmianą położenia, jedynie Rosalie rzuciła mi spojrzenie pełne pogardy, a ja uśmiechnąłem się do niej złośliwie. Co ta dziewczyna z Tobą robi?- Pomyślał Emmett chichocząc pod nosem.
Wpatrywałem się w drzwi wejściowe do stołówki, słyszałem już paplaninę Jessiki. Przejęta rozmawiała... a raczej wygłaszała monolog na temat balu. Drzwi otworzyły się i weszła do środka. Bella, Mike, Eric i Jessica. Nie umiałem wywnioskować z miny Belli czy jest zamyślona, czy może tak uważnie słucha koleżanki. Dziewczyna spojrzała w stronę stołu gdzie siedziało moje rodzeństwo. Wyglądało na to, że jest smutna. przeszło mi przez myśl, że może słuchanie o balu, na którym się nie pojawi sprawia jej przykrość bo w rzeczywistości chciała na niego iść, ale szybko odsunąłem tę myśl od siebie. Zauważyłem, że Bella nie kupiła nic więcej niż tylko butelkę lemoniady, czyżby nie była głodna?
- Edward Cullen znowu się na ciebie gapi- Powiedziała Jessica. Bella natychmiast podniosła głowę, spodobało mi się to.- ciekawe, czemu usiadł dziś sam.
Bella napotkała mój wzrok, a ja uśmiechnąłem się do niej łobuzersko. Kiwnąłem na nią palcem, zapraszając ją do swojego stolika. Uniosła brwi zszokowana moim zachowaniem i lekko otworzyła usta. Zachichotałem rozbawiony jej reakcją i puściłem do niej perskie oko.
- Czy on ma ciebie na myśli?- Zapytała zaskoczona Jessica, takim tonem jak gdyby to była najbardziej nieprawdopodobna rzecz jaka mogłaby się wydarzyć.
- Może potrzebuje pomocy przy zadaniu domowym z biologii- Bella odpowiedziała niepewnie. Zrobiłem pobłażliwą minę- lepiej pójdę zobaczyć, o co mu chodzi.- Sama nie wierzyła, że może tu chodzić o jakieś durne zadanie domowe, z resztą Jessica też w to nie uwierzyła. Patrzyła na oddalającą się od niej Bellę z zazdrością i niedowierzaniem.
Dziewczyna stanęła tuż za krzesłem po przeciwnej stronie stolika.
- Może usiadłabyś dzisiaj ze mną?- Zapytałem nie przestając się uśmiechać. Zawahała się, ale usiadła, nie spuszczając ze mnie wzroku. Czekałem, aż pierwsza się odezwie chociaż zaczynałem mieć wątpliwości czy zdoła się coś z siebie wydusić.
- Nie do tego mnie przyzwyczaiłeś.- Powiedziała w końcu. Szczerość, szczerość, szczerość. Obiecałem sobie trzymać się tego ponad wszystko.
- No cóż...- zacząłem, chociaż sam nie wiedziałem co chcę powiedzieć.- Doszedłem do wniosku, że skoro i tak skończę w piekle, to mogę po drodze zaszaleć.- Wyrzuciłem szybko. Bella patrzyła na mnie jakby nie zrozumiała nic co do niej powiedziałem. Może to nawet lepiej?
- Słuchaj, nie mam zielonego pojęcia o co Ci chodzi.- Wstrzymała oddech. Rozczuliło mnie to drobne wyznanie. Wiedziałem, że ciężko się połapać w tym co mówię.
- Wiem.- Uśmiechnąłem się z ulgą. Czemu usiadła z Cullenem? A kim to on jest? Usłyszałem wzburzenie Mike'a, skupiając się na myślach przyjaciół Belli. Też mi coś, co w niej niby jest takiego, że nawet Edward zwrócił na nią uwagę. Pomyślała Jessica.- Myślę, że twoi znajomi nają mi za złę, że im ciebie podkradłem.
- Jakoś to przeżyją.- Odparła oschło, jak gdyby nie spodobało jej się, fakt, że tak skupiają się na niej zamiast na sobie. Wszyscy rzucali ciekawskie spojrzenia w naszym kierunku.
- Mogę cię już im nie oddać.- Odparłem, zawierając w mojej odpowiedzi ostrzeżenie. Ta dziewczyna powinna się nauczyć trzymać z dala ode mnie. Bella głośno przełknęła ślinę. Zaśmiałem się.
- Boisz się?- zapytałem sarkastycznie.
- Skąd.- Zaprzeczyła, ale głos jej zadrgał, co ją zaskoczyła, zmarszczyła czoło.- Jestem raczej zaskoczona. Skąd ta zmiana?
- Już ci mówiłem- wysiliłem się na swobodny ton- mam już dość tego, że muszę cię ignorować. Więc daję sobie z tym spokój.
- Spokój?- Była zdezorientowana.
- Nie chcę dłużej być grzecznym chłopcem. Od teraz będę robił to na co mam ochotę, i niech się dzieje co chce.- Przestałem się uśmiechać. Nie do końca będę robić co chcę i nie chcę też by działo się obojętnie co, ale musiałem ją ostrzec. Mój głos przybierał coraz bardziej poważny ton. To co do niej mówiłem było jednym z kilku na prawdę trudnych dla mnie wyznań, takich, których powinna się wystraszyć, ale ona patrzyła na mnie tylko zdezorientowana, nic więcej!
- Znów nic nie rozumiem.- Na prawdę lepiej dla mnie. Uśmiechnąłem się ponownie i spojrzałem jej prosto w oczy.
- Przy tobie zawsze się niepotrzebnie rozgaduję. Mam z tym problem. Jeden z wielu z resztą.- To chyba najmniej ważny problem jaki mam przebywając z Bellą, ale o tym wolałem na razie nie wspominać.
- Nie martw się. I tak nigdy nie wiem, o co ci chodzi.- Odparła drwiąco.
- Na to też liczę.- Egoista ze mnie.
- Czyli...- zawahała się- w normalnym języku, zostajemy przyjaciółmi?
- Przyjaciółmi...- Tego chciała? Przyjaźni? Dla mnie to było za mało, zdecydowanie za mało. Nie podobało mi się określenie przyjaciel, nie tego chciałem.
- Albo i nie.- Szepnęła zawstydzona. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, aby pokazać, że nie miałem zamiaru jej wcale odmawiać. Zawsze to lepsze niż nic.
- Sądzę, że możemy spróbować.- O ile uda mi się utrzymać z nią tylko przyjacielskie stosunki.- Ale uprzedzam cię, że przyjaźń ze mną to nie przelewki.
- W kółko to powtarzasz.- Odparła. Serce jej przyspieszyło- bała się.
- Bo mnie nie słuchasz. Nadal czekam, aż potraktujesz mnie poważnie. Jeśli jesteś bystra, sama zaczniesz mnie unikać.-  Hipokryta ze mnie, mówiłem jedno a robiłem drugie, to ja nie dawałem jej spokoju, ona automatycznie przystosowuje się do mnie. W dodatku świństwem z mojej strony było oskarżać ją o brak bystrości.
- No tak, teraz już wiemy dokładnie jak oceniasz moje zdolności intelektualne. Piękne dzięki.- Zdenerwowała się, Miała powód. Uśmiechnąłem się do niej przepraszająco, westchnęła.- Podsumowując, póki nie przejrzę na oczy możemy próbować się zaprzyjaźnić, zgadza się?
- Tak to mniej więcej wygląda.
Spuściła wzrok i skupiła się na butelce, w okół której zaplotła palce. Nie odzywała się dłuższą chwilę. Ciekawość wzięła górę.
- O czym myślisz?- Podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zastanawia mnie kim na prawdę jesteś.- Zamarłem, ale nie przestałem się uśmiechać. Było to bardzo sztuczne. Nie była głupia, widziała, że coś ze mną nie tak i jeszcze te moje ostrzeżenia...
- I jak ci idzie?- Zapytałem obojętnie.
- Kiepsko.- Zaśmiałem spojrzawszy na nią serdecznie. Czy to zauważyła?
- Masz jakieś hipotezy?
Wolałem jednak spróbować dowiedzieć się czy przypadkiem nie wpadła na głupi pomysł, który niechybnie przybliżyłby ją do rozwiązania zagadki. Zarumieniła się.
- Powiesz mi?- Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na nią z zaciekawieniem uśmiechając się zachęcająco. Pokręciła głową przecząco.
- Spaliłabym się ze wstydu.- Ach..
- To takie frustrujące.- Odpowiedziałem. Nic nie może być przecież gorszego od tego jak jest!
- Nie rozumiem, co w tym takiego frustrującego- ożywiła się. Zaskoczyła mnie tym nagłym podniesieniem tonu- tylko dlatego, że ktoś nie chce ci się zwierzyć, a jednocześnie co rusz czyni jakiś enigmatyczne uwagi, nad których zrozumieniem człowiek biedzi się po nocy, bo z nerwów, nie może zasnąć?!- Kontynuowała coraz bardziej wzburzona- Gdzie tu, u licha powód do frustracji.- Miała rację. Byłem nie w porządku.- Albo jeszcze lepiej! Taka osoba może nie tylko mówić, ale i robić różne dziwne rzeczy. Jednego dnia dajmy na to, ratuje ci życie przecząc prawom fizyki, a nazajutrz traktuje cię jak pariasa, bez jednego słowa wyjaśnienia, choć obiecała, że wszystko wytłumaczy. Przecież to błahostka, którą nie ma co się przejmować.
Patrzyłem na nią w zdumieniu, nie dość, że to jej najdłuższa wypowiedź od samego początku roku to w dodatku pierwszy raz przy mnie aż tak się otworzyła na emocje. Nie było to wyznanie miłości, ale zawsze jakieś emocje. W dodatku kierowane do mnie.
- Nie powiem, masz charakterek.- Odpowiedziałem z uznaniem. Podobało mi się to.
- Nie lubię hipokrytów i ludzi, którzy nie dotrzymują słowa.- Mierzyła mnie wzrokiem, a ja patrzyłem na nią próbują odgadnąć co dokładnie ma na myśli. Tj. wiedziałem o co jej chodzi, ale czy, stwierdziła własnie, że mnie nie lubi? Nie wiedziałem jak powinienem to odebrać. Co on odwala teraz? Zaraz wstanę do niego i chyba utnę sobie z nim pogawędkę! Mike Newton przyglądał mi się z oburzeniem. Zaśmiałem sobie na samą myśl, że tak chciałby zrobić nie patrząc nawet na to, że nie miałby za grosz odwagi spojrzeć mi w oczy.
- Co jest?
- Twój chłopak zdaje się sądzić, że jestem wobec ciebie chamski. Zastanawia się czy tu nie podejść i nie wszcząć bójki.- Zaśmiałem się spoglądając na niego wyzywająco.
- Nie wiem o kim mówisz, ale tak czy siak na pewno jesteś w błędzie.- Odrzekła chłodnym tonem. Dobrze wiedziała o kim mówię, więc podobało mi się to w jaki sposób podkreśliła wszelaki brak przywiązania do niego.
- Nie mylę się. Mówiłem ci , większość ludzi łatwo rozszyfrować.- Nie kłamałem. Nie ważne przecież, że ma to związek z moją nadzwyczajną zdolnością.
- Poza mną, rzecz jasna.
- Tak, z wyjątkiem ciebie.- Odstępowała do reguły w każdym calu. Wszystko było w niej inne. Aż trudno było uwierzyć, że jedna osóbka może być tak wyjątkowa i dobra. Była...taka inna...- Ciekawe, dlaczego tak jest.- Dodałem, zamyślony. Spojrzałem jej prosto w duże oczy, ale szybko odwróciła wzrok. Szybko odkręciła nakrętkę butelki lemoniady i upiła spory łyk nie odrywając wzroku od blatu. Tylko tyle? Właśnie przypomniałem sobie, że Bella nie wzięła sobie nic do jedzenia.
- Nie jesteś głodna?- Spytałem zaniepokojony.
- Nie. A Ty?
Zaśmiałem się na samą myśl, że miałbym być głodny. Dziewczyna nadal na mnie nie spojrzała, natomiast ściągnęła brwi i zacisnęła usta w wąską szparę.
- Zrobisz coś dla mnie?- Zapytała po chwili. Pomyślałem od razu by odpowiedzieć jej, że co tylko zechce... Jednak jeśli poprosi mi abym powiedział jej coś czego nie mogłem jej powiedzieć?
- To zależy.
- Nic takiego.- Obiecała. Spojrzałem na nią uśmiechając się aby ją zachęcić.- Czy nie mógłbyś...- Nie wiedziała jak to powiedzieć.- uprzedzić jakoś, kiedy następnym razem postanowisz mnie ignorować dla mojego własnego dobra? Chcę być przygotowana.- Nie odrywała wzroku od butelki, palcem wodziła po jej szyjce.
Uśmiechnąłem się ponownie. Chciała ostrzeżenia, a więc nie odpowiadało jej to, że ją ignorowałem. Nie cieszyło ją kiedy dawałem jej spokój. Był to dobry znak. Dla mnie dobry, dla niej zaś nie bardzo. Powinna cieszyć się, że trzymam się od niej z daleka.
- Rzeczywiście, tak będzie bardziej fair.
- Dzięki.- Spojrzała na mnie z prawdziwa wdzięcznością. Przyszedł mi do głowy drobny podstęp.
- Czy dostanę w zamian jedna szczerą odpowiedź?- Teraz to ona zrobiła się podejrzliwa.
- Strzelaj.
- Zdradź mi choć jedną ze swoich hipotez?
Spięła mięśnie i zacisnęła szczękę.
- Proszę o inny zestaw pytań.- Odpowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Obiecałaś mi. I nie określiłaś kategorii.- Przypomniałem triumfalnie.
- Sam nie dotrzymujesz obietnic.- Wyrzuciła. Miała rację, nie mogłem temu zaprzeczyć, ale ciekawość zżerała mnie od środka w dodatku- chociaż wtedy o tym nie pomyślałem- od tego zależało bezpieczeństwo mojej rodziny.
- Jedna mała hipoteza. Nie będę się śmiał.- Obiecałem. Dziewczyna poczerwieniała.
- Będziesz, będziesz.- Nie dawała za wygraną.
Nie mogłem nic zaradzić, byłem na przegranej pozycji, mimo to nie chciałem poddać się tak łatwo. Podniosłem wzrok zaglądając w jej oczy. Duże, ciemne, trochę zagubione, ale piękne oczy. Zdezorientowało mnie to na chwilę, zamrugałem, by łatwiej było mi się skoncentrować. Pochyliłem się nad stołem by znaleźć się bliżej jej twarzy.
- Proszę.-Wyszeptałem przeciągle.
Zawahała się i zamrugała nerwowo.
- Co?- Zapytała bezwiednie. Była totalnie oszołomiona, nie do końca to chciałem osiągnąć.
- Proszę, zdradź mi jedną ze swoich hipotez.- Nie spuszczałem z niej wzroku. Starałem się wyłapać wszystkie emocje, które widnieją na jej twarzy. Spróbować wyczytać z oczu jej myśli. Niestety nie było to wykonalne.
Bella westchnęła zrezygnowana.
- Czy ja wiem? Ugryzł cię radioaktywny pająk?
Spojrzałem na nią pobłażliwie. Poważnie? Peter Parker i przyjaciele?
- Niezbyt to oryginalny pomysł.
- Sorry, nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
- Nie zbliżyłaś się do rozwiązania zagadki ani o milimetr.- Droczyłem się z nią chociaż w rzeczywistości czułem ulgę. Dziwiło mnie też z jaką łatwością potrafię z nią rozmawiać o mojej inności. Tyle, że Bella nie była świadoma- a przynajmniej tak mi się wydawało- tego, że nie żartuję.
- Żadnych pająków?- Upewniła się.
- Żadnych.
- Zero radioaktywności?
- Nic z tych rzeczy.
- Kryptonit też na mnie nie działa.- Gdyby zapytała o ugryzienia nie mógłbym skłamać. Obiecałem być z nią szczery. Zachichotałem mimowolnie na myśl, że bierze mnie za jednego z komiksowych bohaterów.
- Miałeś się nie śmiać, pamiętasz?- Przygryzłem dolną wargę z trudem powstrzymując śmiech.- Kiedyś zgadnę.
Teraz na serio spoważniałem.
- Lepiej nie próbuj.- Ostrzegłem ją poważnym tonem.
- Bo co?- Była  butna, ale szczerość to szczerość. No przynajmniej na miarę możliwości.
- A co jeśli nie jestem pozytywnym bohaterem komiksu, tylko jedną z tych mrocznych postaci, z którymi walczy?- Uśmiechnąłem się aby nie dać po sobie poznać jak bardzo to co mówię to prawda.
- Och.- Zmarszczyła brwi. Wyglądała jakby coś nagle do niej dotarło.- Rozumiem.- Dodała z pewnością. Olśniło ją. Nagle zaczęło jej się wszystko zgadzać. Przełknąłem ślinę, nie byłem już traz tak pewny siebie, a co jeśli powiedziałem za dużo?
- Tak?
- Jesteś niebezpieczny?- Zapytała. Och, dziewczyno! Cały ten czas ci o tym przypominam! W końcu moje słowa do niej dotarły. Jej serce zaczęło bić szybciej, wyraźnie zaczęła się mnie bać.- Ale nie jesteś zły.- Dodała po chwili kręcąc głową.- Nie, w to nie uwierzę.- Mówiła cicho, bardziej do siebie niż do mnie. Było mi ciężko, teraz jeszcze trudniej było mi zrozumieć ją niż wcześniej.
- Mylisz się.- Odpowiedziałem ledwie słyszalnym tonem. Nie mogłem powiedzieć jej całej prawdy, ale też nie mogłem jej okłamywać.
Patrzyłem teraz prosto na blat stołu. Zabrałem zakrętkę od butelki lemoniady zakupioną przez Bellę i zacząłem kręcić nią na stole. Bella wpatrywała się we mnie z przekrzywioną lekko głową. Twierdziła, że nie jestem zły. I to z takim przekonaniem, że na prawdę zacząłem wierzyć w to, że się mnie nie boi, że nie jestem dla niej straszny. Nagle drgnęła i obróciła się na krześle.
- Spóźnimy się na lekcje.- Wystraszyła się.
- Ja nie idę.- Obracałem nakrętkę coraz szybciej.
- Czemu?
- Dobrze człowiekowi robi powagarować od czasu do czasu.- Uśmiechnąłem się zawadiacko, by ukryć zmartwienie. Ledwo kontroluję swój głód przy Belli kiedy jej skóra jest w całości a co dopiero na dzisiejszej lekcji biologii, na której pan Banner zamierzał przeprowadzić badanie własnej grupy krwi.
- Ja tam nie wagaruję.- Odparła cicho. Oczywiście, że nie wagarowała. To nie był ten typ osoby. Była odpowiedzialna.
- W takim razie do zobaczenia.
Gdy zadzwonił dzwonek Bella zawahała się jeszcze na chwilę po czym ruszyła w stronę wyjścia. Rzuciła mi ostatnie spojrzenie, aby upewnić się czy na pewno nie mam zamiaru udać się na biologię i szybkim krokiem ruszyła do wyjścia rozwiewając wszelkie nadzieje na to, iż pozostanie ze mną.
Siedziałem tak jeszcze chwilę przyglądając się nakrętce od butelki. Schowałem ją do kieszeni, wstałem i ruszyłem w stronę samochodu. Na dworze było stosunkowo chłodno a deszcz mżył lekko obmywając szyby aut. Kiedy znalazłem się w volvo, wyciągnąłem nakrętkę i przyglądałem się jej obracając w każdą stronę, przypominając sobie tak dla mnie ważną rozmowę z Bellą. Moje rodzeństwo nie wierzyło, że uda mi się wytrzymać tak długi czas tak blisko niej, a jednak. Mylili się. Nastawiłem radio na płytę, która aktualnie była włożona do odtwarzacza.
Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy wsłuchując się w równomierne uderzanie kropel deszczu o dach auta.
Boże drogi przecież ona zaraz straci przytomność, albo zwymiotuje Usłyszałem panikującego Mike'a Newton'a. Spojrzałem w jego stronę, właśnie pomagał Belli przysiąść na chodniku. Dziewczyna od razu położyła się na lewym boku i oparła policzek o cement. Wyskoczyłem z samochodu jak Filip z konopi.
- Bello?- Zawołałem.
Na jej czole pojawiła się niewielka zmarszczka.
- Co jej jest? Co się stało?- Zapytałem ostrym tonem. Zachodziłem w głowę co on jej zrobił. Zabiję go, zabiję! Mike nie potrafił myśleć o niczym innym jak o pragnieniu bym zniknął. Według niego pojawiałem się zawsze w takich momentach aby tylko przeszkodzić mu w kontaktach z Bellą. Na prawdę tylko to go w tym momencie obchodziło.
- Chyba zemdlała- Odpowiedział spanikowanym tonem. Wstrzymałem oddech.- Dziwne, nawet nie zdarzyła sobie nakłuć tego palca!- Dodał piskliwym tonem, natomiast ja z ulgą wypuściłem powietrze z płuc.
Spojrzałem na nią czule i przykucnąłem pochylając się nad nią.
- Bello? Słyszysz mnie?
- Nie.- Jęknęła.- Daj mi spokój.
Zaśmiałem się. Mimo jej położenia nadal potrafiła być zaskakująca.
- Prowadziłem ją właśnie do pielęgniarki.- Wtrącił obrażony Mike.- Ale nie chciała iść dalej.- Rzuciłem w jego stronę zniecierpliwione spojrzenie.
- Zastąpię cię. Wracaj do klasy.- Oświadczyłem, nie zawracając sobie nim dalej głowy, jednak ten nie dawał za wygraną.
- Ale to ja ją miałem zaprowadzić!- Zaprotestował.
Ten chłopak był po prostu okropny, zamiast chcieć aby Bella jak najszybciej poczuła się lepiej to wykłócał się ze mną kto i gdzie ją zaprowadzi. Puściłem jego uwagę mimo uszu.
Wziąłem szybki wdech i uniosłem dziewczynę na tyle powoli na ile pozwalała mi sytuacja. Leżała teraz na moich wyciągniętych ramionach tak, aby nasze ciała się nie dotykały. Przyspieszyłem kroku.
Bella nagle otworzyła szeroko oczy.
- Postaw mnie na ziemi.- Zażądała.
- Hej!- Mike zawołał w oddali.
Przyjrzałem się dziewczynie. Była zielona na twarzy a mimo to, nie chciała pozwolić na to by się nią zaopiekowano, na prawdę mnie zaskakiwała.
- Wyglądasz okropnie.- Uśmiechnąłem się do niej szeroko.
-Puść mnie, do cholery!- Jęknęła. Była uparta. Postanowiłem jakoś odwrócić jej uwagę.
- A więc, mdlejesz na widok krwi?- Zapytałem zafascynowany i rozbawiony. Ja ją piję a jej jest od niej nie dobrze. Zdecydowanie należymy do dwóch różnych światów. Zamknęła oczy.- I to nawet nie swojej własnej?- Nadal mi nie odpowiadała.
Otworzenie drzwi budynku nie stanowiło najmniejszego problemu, zrobiłem to tak szybko, że Bella nawet nie drgnęła.
Przerażona pani Cole zerwała się z miejsca.
- Zasłabła na lekcji biologii- Uspokoiłem kobietę.
Minęliśmy kontuar i podeszliśmy do gabinetu pielęgniarki, sekretarka przytrzymała nam drzwi. Zaskoczona pielęgniarka przerwała czytaną powieść. Położyłem Bellę ostrożnie na starej kozetce a sam podekscytowany udałem się w drugi kąt pomieszczenia. Byłem zbyt blisko niej by dalej utrzymywać niewielki dystans.
- To nic takiego, zrobiło jej się tylko niedobrze i zakręciło w głowie.- Na szczęście tylko to, dodałem w myślach.- Ustalali dziś grupy krwi na biologii.- Kobieta pokiwała ze zrozumieniem.
- Tak, tak, zawsze się jedno takie trafi.
Nic dziwnego, że przydarzyło się to akurat Belli. Ledwo stłumiłem śmiech.
- Poleż sobie chwilkę, słoneczko. Samo minie.
- Wiem, wiem.- Westchnęła. Wyglądała już dużo lepiej.
- Często ci się to zdarza?
- Czasami.- Przyznała, a ja udałem napad kaszlu aby się nie roześmiać na dobre.
- Możesz już wrócić na lekcje.- Pielęgniarka spojrzała na mnie ze sceptycyzmem.
- Mam z nią zostać.- Odparłem stanowczo. Nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie chociaż chwili, którą mógłbym spędzić z Bellą. No tak. Skinęła głową. To było takie proste. Kontrolowanie ludzi... jedli mi z ręki kiedy tego chciałem, a Bella? Była taka inna od wszystkich.
- Przyniosę ci trochę lodu na czoło, złotko.- Zwróciła się do dziewczyny po czym wyszła z pokoiku zostawiając nas sam na sam.
- Miałeś rację.- Bella jęknęła nie otwierając oczu.
- Zwykle mam. A o co dokładnie chodzi?
- Te wagary to był jednak dobry pomysł.- O tak. Zdecydowanie by się Belli przydały. Gdyby na nie poszła nie leżałaby tu na kozetce.
- Wystraszyłem się trochę, gdy zobaczyłem cię z Newtonem- Przyznałem.- Wyglądało to tak, jakby ciągnął twoje zwłoki do lasu, żeby je gdzieś zakopać.
- Ha, ha, ha- Udała śmiech. Zdecydowanie czuła się lepiej skoro już zdobyła się na sarkastyczny ton.
- Serio. Byłaś bardziej zielona na twarzy niż niejeden trup... Myślałem już, że będę musiał cię pomścić.- Nie żartowałem. Gdyby Mike jej coś zrobił... Zacisnąłem zęby w nagłym przypływie wściekłości.
- Biedny Mike, musi być wściekły.- Zagotowało się we mnie jeszcze bardziej.
- Nie ma co, facet mnie nienawidzi.
- Skąd wiesz?- Zaczepiła.
- To było widać po jego minie.- Tak, zdecydowanie wyglądał jakby miał ochotę mnie zabić. Śmieszne.
- Jak nas zauważyłeś?- Zmieniła temat.- Miałeś urwać się z lekcji.
- Siedziałem w aucie. Słuchałem muzyki.- Wyglądała na zaskoczoną. W tym momencie do środka weszła pielęgniarka z okładem dla Belli.
- Proszę bardzo. Wyglądasz dużo lepiej.
- Chyba już dużo lepiej.- Odparła Bella siadając na kozetce. Drgnąłem. Nie powinna po tym wszystkim tak szybko siadać, jednak drzwi gabinetu znów się otworzyły a do środka zajrzała ponownie pani Cole.
- Mamy następnego.
Bella zeskoczyła z kozetki aby ustąpić miejsca nowej osobie oddając kompres pielęgniarce.
- Proszę, już go nie potrzebuję.
Naburmuszony Mike przywlekł kolejną osobę żałując, że znów mnie spotyka. Przesłał mi gniewne spojrzenie a ja odpowiedziałem tym samym. Dosłownie zmrożony odwrócił natychmiast wzrok. Do środka wszedł Lee Stephens, jego palec kilkukrotnie nakłuty ociekał strużkami krwi. Bella i dwa pokrwawione palce w jednym pomieszczeniu to było już dla mnie za dużo jak na jeden raz. Bella też się skrzywiła, zielonkawy kolor zaczął na nowo pokrywać jej twarzyczkę.
- Cholera, Bello wyjdź do sekretariatu, dobra?- Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Zaufaj mi. No, idź już.- Szepnąłem i wyszedłem a Bella za mną.
- Kurczę, posłuchałaś mnie.- Oznajmiłem zaskoczony, to był chyba pie
rwszy raz kiedy Bella zrobiła to o co ją proszę.
- Poczułam zapach krwi.- Wyjaśniła marszcząc drobny nosek. Spojrzałem na nią jeszcze bardziej zszokowany.
- Ludzie nie potrafią wyczuć zapachu krwi.- Zaprotestowałem zdumiony.
- No cóż ja potrafię. To od niego mnie mdli. Krew pachnie jak rdza... i sól.- Skrzywiła się. Zaskakiwała mnie coraz bardziej. Czy aby na pewno należała to tego samego gatunku co reszta?
- Co jest?- Zapytała.
- Nic, nic.
Z gabinetu wyszedł właśnie Mike, nadal wkurzony Spojrzał na Bellę po czym rzucił wzrokiem na mnie a następnie znów na Bellę.
- Wyglądasz dużo lepiej.- Powiedział takim tonem jakoby powinna go za to przeprosić. Zalała mnie fala gorąca.
- Tylko nie wyciągaj ręki z kieszeni.- Odrzekła Bella, jak zawsze kulturalnie.
- Już nie krwawi.- Odburknął ponurym tonem.- Wracasz na lekcję?
- Chyba żartujesz. Zaraz musiałabym tu wrócić.
- No tak... To co, jedziesz nad to morze?- Chłopak spojrzał na mnie z ukosa. A więc, tak miały się sprawy. Z nim też umówiła się na weekend. Zazdrość paraliżowała mnie od stóp do głów. Stałem nieruchomo, oparty o kontuar nie patrzyłem w ich stronę.
- Jasne, przecież obiecałam.- Odparła przyjaźnie.
Randka? Czy tak to traktowała? Ale jadą całą grupą to na pewno nie randka. Aczkolwiek nie byłem jedyną osobą, której powiedziała "tak" na wspólny wypad... Ale ze mną będzie sam na sam, więc my to bardziej wygląda jak randka niż z nim. Jaka randka!? to tylko wspólne wyjście, muszę ją mieć przecież na oku, matko droga, co ja wyprawiam. Skarciłem sam siebie za te niedorzeczne pomysły. Miała prawo umówić się z Mike'em Newtonem, był dla niej odpowiedniejszym kandydatem na chłopaka niż ja. Tzn. nie był dla niej wcale odpowiedni, był arogancki, myślał wpierw o sobie dopiero potem o innych, był często niegrzeczny... a mimo tego wciąż bardziej odpowiedni dla niej niż ja. Edward Cullen potwór, który tak pragnie krwi Belli. Belli. Niesamowitej, zaskakującej, nadzwyczajnej, pięknej i dobrej Belli.
- Zbiórka jest w sklepie ojca o dziesiątej.- Znów na mnie zerknął, zastanawiając się czy nie wyjawił za dużo informacji. Po jego wyrazie twarzy wyraźnie było widać, że nie jestem tam mile widziany.
Tylko nie przywlecz go ze sobą. Pomyślał i zacisnął szczęki. Obraz mnie i Belli rozmawiających wesoło, olewając wszystkich dookoła ogarnął jego umysł.
- Będę na pewno.- Obiecała Bella.
- No to do zobaczenia na WF-ie.
Chłopak zawahał się jeszcze zastanawiając się czy nie dodać jednak, że miejsca są ograniczone, ale stwierdził najwyraźniej, że nie ma to sensu.
- Na razie!- Zawoła za nim.
Spojrzałem na dziewczynę, rozszerzyły jej się źrenice i znowu pobladła.
- WF!- jęknęła z rozpaczy.
Nachyliłem się nad dziewczyną i mruknąłem jej do ucha:
- Zajmę się tym. Siadaj i postaraj się wyglądać blado.
Bella usiadła na rozchybotanym krześle, a głowę oparła o ścianę przymykając oczy.  Rzeczywiście zbladła, a w dodatku była spocona, wyglądała teraz jakby zemdlała bądź zasnęła.
Podszedłem z powrotem do kontuaru i oparłem się na przedramionach.
- Proszę pani?- Zwróciłem się najłagodniejszym i najbardziej przekonywującym tonem na jaki było mnie stać.
- Tak?
Jej serce i oddech przyspieszyło. Podobałem się kobietom mimo, że czuły do mnie duży respekt, mogłyby mdleć gdybym miał zamiar je do tego stanu doprowadzać. Tylko Bella reagowała inaczej. Jej tętno przyspieszało owszem, ale miało to związek ze strachem.
- Bella ma zaraz WF, a moim zdaniem nie jest jeszcze w formie. Czy nie powinienem odwieźć jej do domu? Byłaby pani tak dobra i usprawiedliwiła tę nieobecność?- Zamrugałem z wolna, zaglądając jej w oczy. Nie miały nic wspólnego z oczami Belli, kolor taki nijaki i takie płytkie. Belli można by zajrzeć w duszę przez oczy, były takie ciepłe, głębokie pełne starczej mądrości a jednocześnie tak młode, nieokalane ani jedną zmarszczą. Powieki miała wręcz przezroczyste. Gdy przymykała oczy bądź mrugała nad linią rzęs można było dostrzec pajęczyny błękitnych żyłek, była taka... pociągająca.
- Czy ciebie też usprawiedliwić?- Pani Cole nie potrafiła mi odmówić. Głos miała wysoki i poddenerwowany.
- Nie trzeba. Mam lekcję z panią Goff. Nie będzie robić problemów.- Odwróciłem się w stronę dziewczyny.- Słyszałaś Bello? Wszystko załatwione.
Skinęła głową chcąc jak najlepiej odegrać swoją rolę. Nie wychodziło jej to najlepiej, spojrzałem na nią z zjadliwym uśmieszkiem.
- Możesz iść czy znów wziąć cię na ręce?- Dziewczyna drgnęła.
- Poradzę sobie.- Przewidziałem jej reakcję tym razem, to było podobne do niej, nie chciała pomocy.
Wstała ostrożnie i sprawdziła czy da radę się utrzymać w pionie. Przytrzymałem jej drzwi nie przestając się kpiarsko uśmiechać.
- Dziękuję.- Wyszliśmy. Znowu się rozpadało.- Niemal warto było zasłabnąć, aby opuścić WF.
- Do usług.- Zmrużyłem oczy w deszczu.
- Pojechałbyś z nami nad to morze?- Zapytała z nadzieją w głosie.- Wiesz, w tę sobotę?
Chciała bym pojechał. Chciała mojego towarzystwa. Niemalże rozpłynąłem się na tę prośbę. Znów naszła mnie ochota na szeroki uśmiech i objęcie jej delikatnej twarzyczki w moje dwie dłonie jak z marmuru. Jednak musiałem utrzymać utrzymać obojętny ton by nie dać po sobie poznać jak ucieszyłem się, że chciała tam mnie. Właśnie mnie.
- To dokąd właściwie jedziecie?
Jednak plaża to plaża, to miał być ciepły, słoneczny dzień w dodatku zdecydowanie nie byłem zaproszony.
- Na plażę nr 1 w La Push.- A więc odpada na sto procent.
- Nie sądzę, żebym był zaproszony.
Bella posmutniała. Nie powinno sprawiać mi to radości, że zrobiła się smutna z powodu, że mnie tam nie będzie.
- Przecież dopiero co cię zaprosiłam.
- Dość już zaleźliśmy Mike'owi za skórę w tym tygodniu. Nie chcemy chyba, żeby stracił cierpliwość, prawda?
Chociaż ta opcja zdecydowanie mi się spodobała.
- A tam Mike.- Mruknęła niezadowolona.
To również mi się spodobało. Poczułem się od niego ważniejszy, lepszy. Nie powinienem, czułem, że nie powinienem, ale co mam poradzić na moje własne uczucia?
Szliśmy na parking w milczeniu. Bella nagle skręciła w lewo w stronę swojej furgonetki. Złapałem ją za tył kurtki i przyciągnąłem z powrotem do siebie.
- A dokąd to?- Zdenerwowałem się. Chciała mnie zostawić już czy jak? Zdenerwowałem się niepotrzebnie, ale to ja zachodziłem w głowę jak tu przedłużyć ten czas a ona mnie zostawia? Wyglądała na zaskoczoną moim zachowaniem no i miała do tego pełne prawo.
- No jadę do siebie.
- Nie słyszałaś, jak obiecywałem, że odstawię cię do domu? Myślisz, że pozwolę ci kierować w takim stanie?- To był słaby argument, ale tonący brzytwy chwyta. Nie spodobało jej się to.
- W jakim znowu stanie?- Zawołała rozdrażniona. - I co będzie z furgonetką?
- Poproszę Alice, żeby ją odwiozła.- Odpowiedziałem, jednocześnie ciągnąc ją w stronę moje samochodu. Gdyby się tak nie opierała i szła normalnie byłoby mi dużo łatwiej a jej wygodniej, holowanie za kurtkę nie należało do najprzyjemniejszych zadań dla obydwóch stron.
- Przestań!- Próbowała się wyszarpnąć, ale nie miała żadnych szans.
Puściłem ją przy samochodzie, ale Bella zatoczyła się, nie mogąc utrzymać równowagi i uderzyła się o drzwiczki volvo. Prędzej słonie zaczną latać niż ona nauczy się chodzić. Zachichotałem, ale nie zauważyła tego.
- Boże, ale z ciebie tyran.
- Są otwarte.- Odpowiedziałem a sam zasiadłem za kierownicą.
-Nic mi nie jest! Sama się odwiozę.- Awanturowała się niemiłosiernie. Deszcz ściekał z niej strużkami. Opuściwszy automatycznie szybę nachyliłem się nad siedzeniem pasażera.
- No już, wsiadaj.- Odparłem spokojnie.
Nie odpowiedziała mi. Ukradkiem spojrzała na swoją furgonetkę jak gdyby miała zaraz wziąć nogi za pas i uciec mając nadzieję, że nie zdążę jej złapać.
- Przywlokę cię z powrotem.- Zagroziłem. Ewidentnie zmarkotniała, a więc zgadłem.  Wsiadła do volvo nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem.
- Nie potrzebnie zawracasz sobie głowę.- Powiedziała urażonym tonem.
Nie odpowiedziałem na to. Nie chciałem dalej się z nią spierać, natomiast włączyłem ogrzewanie mając nadzieję, że to coś da, oraz włączyłem radio. Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu wciąż miała obrażoną minę jednak po chwili zmarszczyła czoło i zapytała zaskoczona.
- Clair du Lune?
- Znasz Debbusy'ego?- Teraz ja się zdziwiłem. Czyżby lubiła taką muzykę? Byłem w szoku.
- Nie za dobrze- Przyznała.- Moja mama często słucha w domu muzyki poważnej, ale po tytułach znam tylko swoje ulubione kawałki.
A więc musi być podobna do swojej matki chociaż odrobinę. Tak jak do mnie. Zaskoczyło mnie moje własne spostrzeżenie. Nigdy nie myślałem o Belli jak o kimś podobnym do mnie. Wziąłem płytki oddech, jej zapach był tak palący i taki... ach. Spojrzałem na nią z czułością. Siedziała wygodnie rozłożona na fotelu w moim aucie, była taka spokojna i zrelaksowana, że aż miło było na nią patrzeć. Ciekawe czy miała to za Charliem czy za mamą. Skoro jej mama lubiła muzykę klasyczną...
- Jaka jest twoja matka?- Zapytałem nie mogąc się powstrzymać. Spojrzała na mnie.
- Hm. Fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne, z tym, że ona jest ode mnie ładniejsza.- Uniosłem brwi. Szczerze wątpiłem, że ktoś byłby w stanie być ładniejszym od Belli.- Mam w sobie zbyt dużo z Charliego. Mama jest też bardziej otwarta niż ja, śmielsza. Jest nieodpowiedzialna i nieco ekscentryczna, a w kuchni robi dzikie eksperymenty.
Brzmiało to zupełnie inaczej niż powinno. Na odwrót. To nie było to co córka mówi o matce, lecz matka o córce. Zmartwiona jej szybkim dojrzewaniem i nastoletnim buntem.
- No i jest moją najlepszą przyjaciółką.- Dodała uśmiechając się smutno do siebie. Ewidentnie było widać- tęskni za matką.
Była nader dojrzałą dziewczyną. Ba. Była nader dojrzałą osobą. Najdojrzalszą nastoletnią osóbką jaką poznałem, co więcej- przewyższała tym niejednego dorosłego.
- Ile masz lat Bello?- Musiała być starsza od swoich znajomych.
Zatrzymałem samochód na podjeździe przed jej domem. Nie powinienem był wiedzieć gdzie mieszka, ale zorientowałem się za późno. Bella natomiast najwyraźniej nie wpadła na to samo.
- Siedemnaście.- Odpowiedziała zdezorientowana.
- Nie zachowujesz się jak siedemnastolatka.- Skwitowałem.
Zaśmiała się.
- Co jest?- Zapytałem, nie ukrywając zaciekawienia.
- Mama powtarza zawsze, że urodziłam się jako trzydziestopięciolatka i z roku na rok robię się coraz bardziej poważna.
Znów się zaśmiała z tego wspomnienia. A potem dodała smutniejszym już tonem:
- No cóż, ktoś w domu musi być dorosły.- Więc to tak. To natura jej nieodpowiedzialnej matki zmusza ją do bycia tą dojrzalszą.-Poza tym ty też nie przypominasz przeciętnego licealisty.
Skrzywiłem się, zdecydowanie była bardzo spostrzegawcza. Postanowiłem zmienić temat.
- Dlaczego twoja matka wyszła za Phila?
Znów drobna gafa. Nie powinienem był pamiętaj imienia jej ojczyma, ale to można wytłumaczyć, wiele osób ma dobrą pamięć, jest mnóstwo wymówek. Bella zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.
- Mama... ma duszę bardzo młodej osoby. A przy Philu czuje się chyba jeszcze młodziej. Jakkolwiek by było, szaleje na jego punkcie.- Pokręciła głową z dezaprobatą. Zastanowiło mnie to.
- Nie masz nic przeciwko temu?
- A czy to ważne? Chcę by była szczęśliwa.- Była taka bezinteresowna.- A to własnie jego najwyraźniej potrzeba jej do szczęścia.
- Bardzo ładnie z twojej strony. Ciekawe...
- Co?
- Czy zachowałaby się w podobny sposób gdyby chodziło o ciebie? Jak sądzisz? Zaaprobowałaby twój wybór?
Nie potrafiłem już utrzymać swobodnego tonu. To pytanie było głupie, jak mogłem w ogóle pomyśleć o sobie jako o kandydacie na jej wybranka? Z resztą czyja matka zgodziłaby się aby jej córka umawiała się z wampirem? Z potworem? Z resztą nie miałem szans zostać tym kimś wyjątkowym dla Belli, więc po co te złudzenia?
- Chyba tak, ale jest w końcu matką. Z rodzicami to trochę inna sprawa.
Ta odpowiedź nie była dla mnie w pełni satysfakcjonująca.
- No co- Poduszczałem ją.- nie przeraziłby jej absztyfikant z piekła rodem?
Bella wyszczerzyła się szeroko, rozbawiłem ją.
- Z piekła rodem, czyli co? Taki gość z tatuażami i masą kolczyków w twarzy?
- Definicje mogą być różne.
- A jaka jest twoja?
Oj, nie zgadłabyś Bello... w każdym razie nie było to pytanie, na które byłbym w stanie odpowiedzieć.
- Uważasz, że można by się mnie bać?- Uniosłem brew w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Hm... Myślę, że tak, gdybyś się postarał.- Mówiła poważnym tonem. Ja też stałem się już w zupełności poważny.
- A teraz się mnie boisz?
- Nie.- Odpowiedziała szybko, ale szczerze. Wiedziałem to. Ta nagła reakcja była nieodpowiednia z jej strony, wyglądało na to, że na prawdę chciała mi udowodnić, że się mnie nie boi. Czy to dobrze? Nie koniecznie. Jej zdolność odczuwania strachu była upośledzona. Uśmiechnąłem się, było mi teraz dużo łatwiej.
- To co, może teraz ty opowiesz mi o swojej rodzinie?- Zmieniła temat.- Z tego co wiem twoja historia bije moją na głowę.
Zdecydowanie "ciekawsza" to nie było dobre określenie. Czego mogła chcieć wiedzieć i na ile z jej pytań byłem w stanie odpowiedzieć?
- Co chciałabyś wiedzieć?
- Cullenowie cię adoptowali, tak?- Te pytanie nie było takie złe.
- Tak.
- Co stało się z twoimi rodzicami?- Zapytała cicho. Nadal nie było źle i nie musiałem wymigiwać się od odpowiedzi, a co ważniejsze nie musiałem jej okłamywać.
- Zmarli wiele lat temu.
- Przykro mi.- Umilkła. No tak, powinno mi być też przykro, ale znów mogłem powiedzieć jej prawdę.
- Nie pamiętam ich za dobrze. Od lat za rodziców mam Carlisle'a i Esme.
- I kochasz ich.- To nie było pytanie, a stwierdzenie. Mówiła zmartwionym tonem. Uśmiechnąłem się aby ją pocieszyć.
- Tak. To para ludzi najlepszych pod słońcem.
- Masz szczęście.
Jeśli chodziło o moją rodzinę to zdecydowanie nie mogłem temu zaprzeczyć.
- Wiem.
- A twoje rodzeństwo?
Ten temat już nie był tak łatwy. Jeśli nie miałem zamiaru kłamać nie mogłem pozwolić by dalej zadawała mi pytania. To przypomniało mi o czymś innym. Czas się skończył. Z nią upływał tak szybko, że czułem ogromny niedosyt.
- Moje rodzeństwo, a także Jasper i Rosalie, nie będą zachwyceni, jeśli każę im czekać w deszczu.
- Och, przepraszam. Już mnie nie ma.- Nie poruszyła się.
- I pewnie chcesz, żeby twoja furgonetka wróciła przed komendantem Swanem, żebyś nie musiała mu opowiadać o incydencie na biologii?- Dodałem z uśmiechem. Trafiłem w punkt.
- Pewnie już wie. W Forks nie da się mieć tajemnic.- Westchnęła.
Zaśmiałem się z tej ironii. Nie można w tej mieścinie zachować dla siebie jakiejś drobnostki aby całe miasto o tym zaraz nie gadało a moja rodzina ukrywa sekret na wagę złota.
- Miłej zabawy nad morzem. Oby pogoda bardziej sprzyjała opalaniu.- Spojrzałem na ścianę deszczu za oknem. Ucieszy się na sobotnią pogodę, miała się poprawić.
- Nie zobaczymy się jutro?- Powiedziała to zdanie z- jak mi się wydawało- nutą paniki. Bella chciała się ze mną zobaczyć. To było to coś na co warto było czekać.
- Nie. Robimy sobie z Emmettem długi weekend.
Wolałbym oczywiście spędzić ten czas z Bellą, ale na dobre zaniepokoiłoby to moją rodzinę.
- Jakie macie plany?- Zapytała ni to obojętnie ni to wesoło.
- Jedziemy na Kozie Skały, to na południe od Rainer.
- No to bawcie się dobrze.- Tym razem wyraźnie czułem niechęć i smutek.
Teraz miała opuścić mój samochód a ja miałem spuścić ją z oka na całe trzy dni. Zostawienie jej samej chociażby na kilka minut wydawało się dla mnie niemalże niemożliwe, a co dopiero kilka dni!
- Zrobisz coś dla mnie w ten weekend?- Spojrzałem na nią badawczo, ale czule. Skinęła głową.- Nie obrażaj się, ale sprawiasz wrażenie osoby, która przyciąga wypadki jak magnes, więc postaraj się i nie wpadnij do oceanu albo pod samochód czy coś tam, dobra?- Przepraszam, że nie będę mógł cię chronić przez ten czas... pomyślałem. Uśmiechnąłem się zawadiacko. Nie żartowałem, ale widocznie ją rozdrażniłem.
- Zobaczę, co da się zrobić.- Odpowiedziała wychodząc z auta.
Poczułem ogromny ból na myśl, że nie mogę się z nią pożegnać tak jakby mógł pożegnać się z nią Mike Newton. Trzasnęła drzwiczkami i posłała mi rozzłoszczone spojrzenie. Była przeurocza. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i odjechałem.

niedziela, 12 czerwca 2016

Rozdział 5: Konkurencja

Uczyniłem jak mówiłem. Zostaliśmy w miasteczku, a ja trzymałem się od Belli z daleka. Nie. Inaczej... Zachowywałem się jakby w ogóle nie istniała, a przynajmniej tak okazywałem. Obserwowałem ją, ale poza tym nic. Pomagała mi tym, że nie pakowała się w żadne kłopoty, jak na razie. Mijały dni a ja wsłuchiwałem się w myśli innych. Dziewczyna dotrzymała słowa, nie powiedziała nic. Kompletnie. Utrzymywała moją wersję, stałem obok i w porę popchnąłem, a ja- mimo, że cieszyłem się, że mnie nie wydała- nie mogłem zrozumieć dlaczego to robi. Tak, poprosiłem ją chociaż sam nie dotrzymałem danej jej obietnicy, a mimo to nie tworzyła dla nas żadnego zagrożenia. Ja natomiast każdego dnia udowadniałem Alice, że się myli, że potrafię zmienić przyszłość. Pierwszy dzień był najgorszy, a przynajmniej tak myślałem, że będzie najgorszy. Tuż po lunchu, udałem się do sali biologicznej.
- Cześć Edward.- Przywitała mnie przyjaznym tonem co szczerze mnie zdziwiło. Nie była na mnie zła, ale dlaczego? Na pewno nie zapomniała przecież co jej obiecałem i nie dotrzymałem słowa, ale czyżby chciała mi pokazać, że nie chowa do mnie urazy? Miałem do niej tyle pytań, których nie mogłem pozwolić sobie jej zadać. Byłem pewien, że kiedy tylko na nią spojrzę cały mój plan zmienienia wizji Alice pójdzie na marne. Nieznacznie odwróciłem głowę w jej stronę, nie obdarzając ją spojrzeniem, skinąłem głową na znak, iż usłyszałem po czym powróciłem do poprzedniej pozycji. Więcej się już do mnie nie odezwała.
Mimo tego jak świetnie codziennie odgrywałem swoją rolę zwykłego nastolatka było mi niesamowicie ciężko. Unikałem jej, to prawda, jednak wszystko we mnie krzyczało by wykonać w jej stronę jakiś krok, ale wiem jak zniszczyłoby to dziewczynie przyszłe życie, i nie zamierzałem do tego dopuścić. Dlatego też, nie pozwalałem sobie przyjąć do wiadomości, że ją kocham. Nie, to nie jest miłość... zakochanie się jest proste, jest poddaniem się swoim emocjom i uczuciom, ja natomiast walczyłem z tym, robiłem wszystko aby się nie zakochać, odpierałem jednoznaczne wizje Alice, które mimo moich udolnych starań były nadal tak wyraźne, albo nawet jeszcze wyraźniejsze niż wcześniej. Najgorsza dla mnie była ciekawość, która zżerała mnie od środka, co ona myśli? Co czuje? Czy zastanawiała się dlaczego traktuję ją jak powietrze czy może zupełnie jej to nie przeszkadza? Nie wyglądała na osobę, która się tym przejmuje, sama zaś również nie próbowała się do mnie odzywać. Co bardzo podobało się Mike'owi Newton'owi. Zanim zauważył sytuację między mną a Bellą zachodził w głowę jak udowodnić jej iż jest ode mnie lepszy, jednak gdy tylko okazało się, że ja i Bella jesteśmy w dla siebie niewidzialni, stawał się coraz odważniejszy i pewniejszy. Przed każdą lekcją biologii siadał na brzegu ławki, plotkując z nią o mało znaczących sprawach. Sam nigdy nie dostrzegł w Belli nic innego jak to, że jest ładna i -jak mu się wydawało- zainteresowana nim. Wmawiałem sam sobie, że to zwykła uprzejmość z jej strony, bo ona taka właśnie była. Uprzejma, miła, kulturalna. Widziałem znużenie, które ją ogarniało gdy opowiadał historyjki, które wcale jej nie imponowały ani interesowały. Nie zauważał radości Belli, kiedy sam narzekał na brak śniegu, nie widział wielu aspektów, które ja potrafiłem dostrzec tylko po ich rozmowach. Śledziłem myśli każdego znajomego, z którym Bella miała w danym momencie do czynienia, ale nigdy nie wyciągałem więcej wniosków niż po rozmowach z Newton'em, co irytowało mnie jeszcze bardziej. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że to dzięki niemu dowiaduję się więcej o dziewczynie, więc moje relacje z nim były nadal tak chłodne jak przedtem. Jego rozmyślania o Belli były na tyle wulgarne, że zdarzało mi się obdarzyć chłopaka spojrzeniem pełnym obrzydzenia, ale  bywał zbyt zajęty zdobywaniem dziewczyny by mógł to zauważyć. Właśnie. Zdobywaniem jakby była nagrodą, albo zabawką. Jego podejście doprowadzało mnie do furii, chociaż powinno mnie cieszyć, że to ja a nie on dostrzega w niej te wszystkie cechy, które zdołałem wyłapać podczas ich rozmów, ale na co mi to, skoro to nie ja mogę to wykorzystać aby mieć nad nim przewagę... Hmm, sposób w jaki myślałem o Newtonie nasuwał tylko jedno spostrzeżenie. Wewnętrznie z nim rywalizowałem. Kalkulowałem jak bardzo nie zasłużył na Belle w przeciwieństwie do mnie, gdybym.. Gdybym tylko nie był potworem. Dlatego Mike Newton miał nade mną tę jedną przewagę, jego ludzkość. W głębi martwego serca wiedziałem, że nie to Bella powinna otrzymać od swojego przyszłego chłopaka, sama nie zachowywała się jak typowy nastolatek, jednak tak właśnie było, była człowiekiem. Była ludzką nastolatką, na którą ja nie zasługiwałem tak samo jak Mike. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie ostatecznie od złamania danej sobie obietnicy była Alice, w której umyśle wyłapywałem kiedy to Bella na mnie spogląda, ale tylko na ułamek sekundy. Zdarzyło jej się kilka razy przyjrzeć mi z daleka, ale nic więcej. Gdybym nie wiedział o tym nie istotnym spojrzeniu w moją stronę, przysięgam, że bym oszalał. Jej obojętność i ignorowanie mnie dorównywało mojej obojętności i ignorowaniu jej. Nie odzywała się do mnie, nie robiła w moją stronę żadnych gestów, a nawet otwarcie na mnie nie patrzyła, zawsze zza kurtyny włosów lub z drugiego końca stołówki. Nie mogąc czytać jej w myślach było mi sto razy trudniej utrzymać nas w takich relacjach jak dotychczas. O czym teraz rozmyśla? - pytanie, które zadawałem sobie kilkanaście razy w ciągu dnia. To było gorsze nawet od palącego gardło i wnętrzności zapachu jej krwi. Gdy tylko pojawiała się zbyt blisko, wstrzymywanie oddechu było normą. Kolejną rzeczą, od której się powstrzymywałem były nocne podróże do pokoju dziewczyny. Wiedziałem, że nawet na taki gest, którego Bella nie jest świadoma, nie mogę się zdobyć, zaburzyłoby to całą konstrukcję. Nie. Nie mogłem sobie pozwolić na to, przez co noc stawała się dla mnie jeszcze dłuższa niż dzień w szkole. Najszybciej natomiast mijały mi lekcje biologii, na których mogłem wsłuchiwać się w jej bicie serca i umiarkowany oddech.
Pierwsza środa marca miała okazać się ogromnym sprawdzianem i zorientowałem się już w drodze na pierwszą lekcję.
- Mike! Hej, co u ciebie?- Jessica Stanley zatrzymała mojego potencjalnego rywala przed wejściem do pawilonu. Nie zwróciłbym na to uwagi gdyby nie nagłe poddenerwowanie Mike, które w pierwszym momencie zignorowałem, ale po chwili ich rozmowy do mnie dotarło.
- Wiesz Jessico- zaczął, nie patrząc jej w oczy- To bardzo miłe z twojej strony.- Bądź kulturalny, zrozumie to... Do balu zostało jeszcze trochę czasu, Bella jest nadal wolna, może chce zaczekać jeszcze kilka dni. Chłopak bił się z myślami.- Jednak myślę, że musisz dać mi trochę czasu, wiesz. Nie zrozum mnie źle to bardzo miłe z twojej strony. Dam ci odpowiedź najszybciej jak umiem.
- Och.- Żałujesz, że to nie Bella cię zaprosiła, co...- Jasne, nie ma sprawy. Rozumiem.- Dziewczyna odwróciła się na pięcie i zacisnęła oczy. Zrobiło mi się jej nawet szkoda. Żywiła pewne uczucia do Mike już od dłuższego czasu i poniekąd ją rozumiałem, ale czułem, że moje współczucie bardziej było spowodowane i tak już silną niechęcią do Mike, a teraz była jeszcze większa. Uczucie współczucia szybko minęło, gdy wyzywała Bellę w myślach, domyślając się powodu odrzucenia przez Mike'a. Powinienem był ją zapytać, czy ze mną pójdzie. A może powinienem zaczekać aż sama to zrobi? Ale muszę dać jeszcze odpowiedź Jessice, ugh! To wszystko komplikuje! Słyszałem jak walczył z sobą całą drogę z stołówki na biologię.
Usiadłszy jak zawsze pierwszy wyczekiwałem dziś Mike i Belli z jeszcze większym napięciem niż zwykle. Mike nie mógł zebrać myśli, nie wiedział czy zaprosić Bellę czy poczekać na jej ruch, co oczywiście wolał, a w razie czego mógłby powiedzieć Jessice, że Bella zaprosiła go wcześniej, co oczywiście byłby kłamstwem. Wstrzymałem oddech a dziewczyna usiadła obok mnie.
- Wiesz, Jessica zaprosiła mnie na tę imprezę za dwa tygodnie.- Zaczął, nie patrząc Belli w oczy. Przedłużał moment, w którym sam miał wykonać jakiś ruch, czekając z nadzieją, iż Bella zrobi zawiedzioną minę bądź posmutnieje ukazując, że również miała takie zamiary, ale nic z tych rzeczy się nie wydarzyło,
- Świetnie!- Odpowiedziała Bella pełna entuzjazmu.- Na pewno będziecie się dobrze bawić.- W przeciwieństwie do Mike'a miałem ochotę roześmiać się i spojrzeć na niego z triumfem, czego oczywiście nie mogłem zrobić, chociaż nieznaczny uśmiech wykrzywił moje blade wargi. Chłopak nie wiedział, co powinien odpowiedzieć.
- Widzisz, poprosiłem ją o trochę czasu do namysłu.- Chłopak zawahał się.
- A to dlaczego?- Zapytała z dezaprobatą w głosie, ale odetchnęła jednocześnie z ulgą, czego nie bardzo rozumiałem. Cieszyła się? Czyżby jednak zgodziła się z nim pójść? Oczekiwała tego? Co to miało wszystko znaczyć? Czy odpowie "tak" na jego pytanie? Ścisk w żołądku i żal jaki mnie przepełnił był nie do opisania. Ból.
Nie musi odpowiedzieć jemu teraz, albo komukolwiek. Ale w końcu to się stanie. Nie należy do mnie, nie jestem w stanie chronić jej całe życie, w końcu się w kimś zakocha a ja będę zmuszony przestać ingerować w jej życie. Przestać? A czy jeszcze nie przestałem? Nie do końca. Zdałem sobie sprawę, że miałem iskierkę nadziei, ale sam nie rozumiem, na co. Przepełniał mnie gniew i desperacja, miałem ochotę rzucić się na Mike'a i dać upust całej mojej złości, wyżyć się na nim z całych sił.
- Myślałem, że może...no wiesz, może... może ty chciałaś...- Czerwień oblała mu twarz, a ja wewnętrznie drżałem, nie mogłem opanować owego gniewu, nie zdając sobie sprawy, że przechyliłem głowę w ich stronę.
- Mike, sądzę, że powinieneś przyjąć zaproszenie.
- Już z kimś idziesz?- Teraz on poczuł ten sam gniew co ja. Nie mógł znieść, że ktoś miałby okazać się lepszy od niego. Właśnie. Lepszy, a nie bardziej odpowiedni, to czysta ignorancja i zapatrzenie w siebie. Starałem się usprawiedliwić te głupie uczucie, które było tak identyczne do tego ludzkiego. Ale on nie czuł bólu tego co ja. Ktoś miałbyś odpowiedniejszy dla Belli, a nie lepszy ode mnie to... czy to się ze sobą pokrywało? Czy to jest własnie to samo ludzkie uczucie? Wyczekiwałem z napięciem na odpowiedź na równi z chłopakiem. Spojrzał na mnie podejrzliwie. Czuł we mnie swojego konkurenta, zagrożenie.
- Nie, skąd. Nawet się nie wybieram.- Poczułem ulgę, ale po co? Nie Mike, nie teraz, nie bal. Ale kiedyś? Na studiach? W pracy? Kiedykolwiek w przyszłości znajdzie się ktoś kogo pokocha jak ja...
Czułem jak wizje Alice wirowały między nią  a mną.
- Czemu nie?- Mike zadał pytanie, które mnie również cisnęło się na usta.
Bella skrzywiła się, czego chłopak nawet nie zauważył. Zwróciła uwagę na to, iż przysłuchuję się ich rozmowie, ale nie miało to teraz znaczenia, póki nie znam odpowiedzi.
- Jadę w ten dzień do Seattle, już od dawna chciałam się stąd wyrwać, a teraz zyskałam dobry pretekst.- Wyjaśniła szybko.
- Nie możesz pojechać kiedy indziej?- Mike nalegał natarczywie, co zirytowało mnie jeszcze bardziej.
- Niestety nie. Nie trzymaj Jess dłużej w niepewności. Tak nie wypada.- A więc o to chodziło? Wiedziała, że jej przyjaciółka chciała wybrać się z Mike'em na ten bal i dlatego się nie zgodziła, chociaż w rzeczywistości chętnie by z nim poszła? Przecież postępowała jak należy, nie odbiłaby jej chłopaka, więc sama z niego zrezygnowała. Czy rzeczywiście musiała jechać do Seattle i nie mogła przyjąć zaproszenia.
- Tak, masz rację.- Odpowiedział wyraźnie przybity i odszedł na swoje miejsce. Pierwszy raz od ponad miesiąca spojrzałem na Bellę, to było jak... poczułem nagłą chęć złapania jej twarzy w obie dłonie i wypowiedzenia wszystkiego co mnie dręczyło, móc podzielić się z nią tym wszystkim, zobaczyć jej duże czekoladowe oczy jak wpatrują się prosto w moje. Jedynie niestety co mogłem zrobić to obserwować jej reakcję. Miała zaciśnięte powieki. Była taka fascynująca i urocza. Palce przytknęła do skroni, a minę miała skupioną. Głowę skierowaną w dół. Co teraz robi? Na czym się skupia? Czy współczuje Mike'owi i to dlatego? Przez głowę przeszła mi dość przerażająca myśl, co jeśli postanowi jednak przyjąć jego zaproszenie, nie pojedzie do Seattle? Nie, nie sądzę.
Pan Banner wszedł do sali a Bella została zmuszona aby się na nim skoncentrować, Westchnęła cicho i otworzyła oczy. Rzuciła mi szybkie spojrzenie w moją stronę i wydawała się być zaskoczona z jaką intensywnością się w nią wpatruję. Cóż w tym dziwnego? Po miesiącu zupełnego ignorowania jej naglę patrzę się na nią nachalnie i nie miałby to wzbudzić w niej żadnych podejrzeń? Znów nie zrobiła tego czego się spodziewałem- nie odwróciła ode mnie wzroku. Ja natomiast starałem się wyczytać z jej oczu co może w tym momencie czuć czy myśleć.
- Cullen?- Oderwałem niechętnie wzrok od dziewczyny.
- Cykl Krebsa- odpowiedziałem zniecierpliwiony. Spojrzałem z powrotem na Bellę, jednak zdążyła się odwrócić ode mnie zaglądając do podręcznika. Zgarnęła włosy na prawe ramię nerwowo bawiąc się kosmykami. Nie spojrzała na mnie do końca lekcji a ja nie potrafiłem pojąć dlaczego. o czym mogła teraz myśleć, kiedy tak na nią patrzyłem, czy ją zdenerwowałem tym? Czy może nie chce mieć ze mną nic do czynienia, czemu bym się wcale nie zdziwił. Lekcja upływała szybciej niż bym tego sobie życzył. Alice miała rację, nie jestem w stanie dać Belli spokój, ale nie mogłem nic innego zrobić. Trzymanie się od niej z daleka było udręką większą niż cokolwiek innego, a zniszczenie jej życia łącząc go z moim było jeszcze gorsze.
Dzwonek zadzwonił, Bella wstała odwrócona do mnie plecami nie spojrzawszy na mnie ani razu. Było mi przykro, ale jakiej reakcji mogłem się spodziewać?
- Bello?- Zapytałem łagodnym tonem. Moja wstrzemięźliwość się poddała razem ze mną. Odwróciła się powoli i niechętnie. Miała się na baczności. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji poza nieufnością. Patrzyłem prosto w jej oczy starając się wyczytać cokolwiek, tak samo jak pół godziny temu kiedy skończyła rozmawiać z Mike'em.
- Co? Nagle chce ci się ze mną gadać?- Zapytała ze złością. Była rozgoryczona i rozdrażniona. Drażnię ją? Takie wzbudzam w niej emocje? Czy chcę z nią gadać? Nie chcę, nie powinienem, jeżeli mój plan nie ma zostać do końca unicestwiony , źle postępowałem pozwalając sobie znów na rozmowy z Bellą, nie zdawała sobie sprawy, że jej tym zagrażam.
- Nie, nie za bardzo.- Odpowiedziałem, wiec. Czekałem na odpowiedź. Zacisnęła szczęki i powieki, zdawałoby się, że ze złości zacznie jej dymić z uszu. Działałem jej na nerwy. Czułem się paskudnie pozwalając sobie na taką arogancję, chociaż wcale nie chciałem tak brzmieć. Nie powinienem się do niej odzywać i ukazywać mojej słabości.
- No to o co ci chodzi?- Chciała wiedzieć, praktycznie warknęła na mnie. Nadal nie otworzyła oczu. Kontrolowała każdy swój oddech, pozorowała spokój aby nie wybuchnąć. Nie była to normalna, ludzka droga komunikacji czym zafascynowała mnie jeszcze bardziej. Przechyliłem głowę na bok przyglądając jej się uważnie. Miała rację, o co mi chodziło?
- Wybacz mi.- Odpowiedziałem szczerze. Czułem wstręt do siebie za to jaki jestem przy niej słaby, jak nie umiem powstrzymać się od rozmowy z nią i widoku jej twarzy, dużych ciemnych oczu, rumieńców na policzkach i okalających jej bladą, gładką cerę ciemnych włosów. I to jak za każdym razem mnie zaskakiwała swoimi reakcjami.- Wiem, że moje zachowanie jest karygodne- nie umiałem lepiej wyrazić co myślę a jednocześnie starałem się ją ostrzec przed samym sobą.- Ale uwierz, to najlepsze rozwiązanie.- Otworzyła oczy, w końcu na mnie spoglądając. Nie dowierzała temu co usłyszała. Spojrzała na mnie rezolutnie, wyczuła poważny ton mojego głosu.
- Nie rozumiem. O co ci chodzi?- Zachowała spokój.
- Lepiej będzie- zacząłem ostrożnie- jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów- wyjaśniłem najlepiej jak potrafiłem, starając się jednocześnie być bardzo uprzejmy, więc dodałem- Zaufaj mi.- Na prawdę zależało mi aby mi zaufała. Tylko jakie miała do tego podstawy skoro już raz zawiodłem jej zaufanie? Nie mogłem sobie wybaczyć, że własnie ona, osoba najbardziej godna zaufania zawiodła się na mnie.
- Szkoda tylko, że dopiero teraz na to wpadłeś.- Odpowiedziała cierpko. Zaskoczyła mnie, nigdy nie słyszałem od niej aby tak do kogoś się odezwała. Na prawdę ją doprowadziłem do tego? I czego miałbym niby żałować?
 - Co takiego? Czego żałować?
- Że cię poniosło i wypchnąłeś mnie spod kół samochodu.
Wybałuszyłem na nią oczy, co takiego?! Jak mogła twierdzić, że tego żałuję, co ona sobie myśli?! czy domyśla się jakie katusze przechodzę codziennie starając się nie zwracać na nią uwagi a jedyna słuszna rzecz jaka nastąpiła od naszego poznania się było własnie uratowanie jej życia! To była jedyna dobra decyzja na jaką było mnie stać w stosunku do niej a ona ma zdanie, że akurat tego żałuję? Jeszcze bardziej niż wcześniej zapragnąłem poznać jej myśli. To jakaś prowokacja, czy na prawdę ma o mnie takie zdanie.
- Myślisz, że żałuję, iż uratowałem ci życie?
- Ba, jestem o tym przekonana.- Źle mnie oceniała. Patrzyła na to w taki sposób jakiego zupełnie się nie spodziewałem. Zagotowało się we mnie.
- Wydajesz osąd w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojęcia.- Wycedziłem ostrym tonem.
Spojrzała na mnie rozeźlona po czym odwróciła się na pięcie i gwałtownie ruszyła w stronę drzwi, unosząc wysoko brodę niczym godnie wycofująca się z dramatycznej sytuacji. Oczywiście nieostrożność jej nie służyła, bo potknęła się w progu, a książki rozsypały się po podłodze. Nie spojrzała na nie tylko stała sztywno w drzwiach, zastanawiając się czy nie iść dalej i nie zostawić tutaj wszystkiego. Powstrzymałem się z z trudem od śmiechu i postanowiłem pomóc jej pozbierać rzeczy, skoro sama nie ma zamiaru tego zrobić.
- Dziękuję.- Odparła oschle.
- Nie ma za co.- Odpowiedziałem tym samym tonem.

Wszedłszy do sali, w której mieliśmy hiszpański pierwsze co usłyszałem to wyraźne zdumienie Emmetta. Wow, dzieciaku! Wyglądasz na mniej wkurzonego niż zazwyczaj, a to nowość! Zignorowałem jego myśli, siadając obok w ławce i zająłem się zastanawianiem nad całą sytuacją. Poległem w moim planie po miesiącu walki i nie będę umiał jej wznowić, wiec czy się poddać? Jaki sposób inny może być na zmienienie wizji Alice? Nie opuszczę rodziny a i Belli samej nie zostawię. Nie zabiję jej, nie zmienię jej a utrzymywanie z nią kontaktu... hm? Dla niej samej to bardzo niebezpieczne, a mnie będzie zadawało ogromny ból, nie wolno mi ryzykować.
Pod koniec lekcji było jednak gorzej. Moi potencjalni rywale dowiedzieli się już o porażce Mike'a i nie dawali sobie czasu na zastanowienia i wahania. Erica zobaczyłem tuż po wyjściu z budynku, opierającego się o furgonetkę dziewczyny. Był nie mniej spięty niż Mike.
- Dacie mi chwile czasu?- Pokierowałem Emmetta spoglądając na niego porozumiewawczo.
Przyspieszyłem kroku, wciąż mogłem obserwować Bellę, a jednocześnie nie wypaść podejrzanie.
Ujrzawszy chłopaka przystanęła na moment, spinając wszystkie mięśnie, jednak zauważywszy kto stoi przy samochodzie, rozluźniła się i odetchnęła z ulgą. Czyżby ucieszyła się, że to on? Teraz to ja się napiąłem, stałem się niespokojny co do jej reakcji.
- Cześć.- Przywitała go wesoło. Nie spodobało mi się to.
- Cześć, Bella.- Odpowiedział nerwowo, z czego Bella nie zdawała sobie najwyraźniej sprawy.
- Jak tam lekcje?- Zapytała, nie patrząc na jego przerażoną minę, wsadzając kluczyki do stacyjki.
- Zastanawiałem się, czy, no, czy nie poszłabyś ze mną na ten bal na powitanie wiosny. - wydukał nie patrząc jej w twarz, nie widziałem jej miny, więc jaka teraz była? Zaskoczona, uradowana? Wyprostowała się w zdumieniu, to na pewno.
- Myślałam, że to dziewczyny wybierają.- Tak, zdecydowanie była zaskoczona.
- No, właściwie to tak.- Chłopakowi załamał się głos i oblał się rumieńcem po sam czubek pryszczatego nosa. Bella opowiedziała mu łagodnym tonem:
- To bardzo miło z twojej strony, ale akurat w tę sobotę jadę do Seattle.
Jej ton był tak grzeczny i spokojny, że uśmiechnąłem się sam do siebie. Z jednej strony z podziwu jak kulturalnie potrafiła odmówić, nie sprawiając komuś większej przykrości, a z drugiej z zadowolenia, że jednak nie przyjęła jego zaproszenia.
- Ach. Może innym razem.- Odpowiedział zasmucony.
- Tak, innym razem.- Wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, jej mina wyglądała na taką co po strzeleniu gafy. Czyżby żałowała, że dała Ericowi pewnego rodzaju szansę? Na to wyglądało. W tym samym czasie mijałem jej furgonetkę, nie potrafiąc powstrzymać się od zaśmiania. Patrzyłem wprost przed siebie zacisnąwszy wargi aby powstrzymać śmiech. Bella jak zawsze spłonęła rumieńcem i było widać, że dobrze wiedziała, że wszystko słyszałem, nie była z tego powodu zadowolona. Była zdecydowanie sfrustrowana całą sytuacją. Niestety miała dzisiejszego dnia znieść jeszcze jednego adoratora. Tyler zauważył ją jak gwałtownie wycofała samochód. Chociaż było to z mojej strony bardzo nie kulturalne, nie mogłem się powstrzymać.Opuściłem parking tuż przed nią i zatrzymałem się na środku przejazdu. Zgasiłem silnik jakoby to czekam na rodzeństwo, tak aby sama nie mogła wyjechać. Musiałem dowiedzieć się jeszcze co ma zamiar odpowiedzieć i jemu. Może to na jego zaproszenie czekała cały dzień? Jest dużo pewniejszy siebie niż dwaj pozostali, może jej to zaimponuje? Miałem nadzieję, że nie, ale skąd miałem znać jej upodobania. Nie wyglądała na osobę szukającą partnera a już na pewno nie takiego jak Crowley- takie miałem przypuszczenia- jednak niczego co do niej nie mogłem być pewny. Spojrzałem w boczne lusterko. Moje zachowanie nie spodobało się Belli, wyglądała jakby się nad czymś zastanawiała wpatrując się w tył mojego samochodu. Za nią stworzyła się już nie mała kolejka. Pierwszy stał Tyler, który pomachał do niej przyjaźnie, czego Bella nie zauważyła. A może nie chciała zauważyć? Dzięki Bogu, stanęła w korku! Przeszło przez myśl chłopaka. Zrezygnował z czekania na reakcję Belli, więc wyszedł z samochodu i podszedł do furgonetki stukając w szybę. Dziewczyna drgnęła zaskoczona. Opuściła szybę z niemałym wysiłkiem do połowy. Po jej wyrazie twarzy widziałem, że była już nieźle wkurzona.
- Przepraszam. To Cullen mnie blokuje.- Powiedziała chłodno, nadal była na mnie wściekła, jednak chłopak nie zauważył jej oschłego tonu, w ogóle nie chodziło mu przecież o brak przejazdu.
- Ach to.- Zaczął wesoło.- Wiem, jasne. Chciałem cię tylko o coś zapytać przy okazji.- Uśmiechnął się szeroko. Bella zrobiła minę jakby błagała w duchu aby nie chodziło o to o czym myśli.- Zaprosiłabyś mnie na ten bal wiosenny?
- Jadę na cały dzień do Seattle.- Nie miała już cierpliwości i nerwów na dyplomację. Spodobało mi się to. Uśmiechnąłem się do siebie zadowolony.
- No tak, Mike coś wspominał, miałem nadzieję, że to tylko taka gadka, żeby go spławić.- Odpowiedział, zupełnie nie przejmując się porażką. To był błąd, Bella zazgrzytała zębami.
- Przykro mi, ale naprawdę tego dnia nie będzie mnie w Forks.- Nie wydawało mi się, żeby rzeczywiście było jej przykro.
- Nie ma sprawy. Przed nami jeszcze bal absolwentów.- Odwrócił się i odszedł do auta. Belli opadła szczęka, była w głębokim szoku. Jej reakcja była bezcenna a dodatkowo, dowiedziałem się, że żadnego z jej trzech adoratorów nie ma na oku. A przynajmniej byłem tego bardziej pewien.
Moje rodzeństwo zdążyło nadejść w tym czasie, a ja śmiałem się głośno sam do siebie. Nie mogli pojąć mojego dziwnego zachowania. Ale nie komentowali go głośno. Bella zauważyła to jak trzęsę się ze śmiechu i zrezygnowała całkowicie z dobrych manier. Dodała gazu, chcąc najprawdopodobniej roztrzaskać tyły mojego auta, jednak w tym samym czasie i ja docisnąłem pedał gazu.
Dotarliśmy do domu w ogólnym milczeniu, tylko Alice na sam koniec zapytała w myślach. Edwardzie? Zostaniesz chwilę?
Spojrzałem w stronę siostry i skinąłem głową. Kiedy reszta rodzeństwa opuściła samochód, Alice zaczęła nieśmiało.
-I co? Miałam rację, prawda?- Spojrzałem na nią podejrzliwie.
- Jeszcze nie.
- Och, proszę cię!
- Alice... do czego zmierzasz?- Zapytałem zniecierpliwiony.
- Czy mogłabym może...
- NIE.- przerwałem.
- Ale...
- Nie, Alice.- Zakończyłem krótko. Fuknęła na mnie i oddaliła się w stronę domu.
Ja natomiast znów podjąłem złą decyzję, kierowaną moim egoizmem i ciekawością.
Wcześniej jednak wyruszyłem na polowanie, nic nadzwyczajnego, wolałem jednak upewnić się, że nic mnie nie zaskoczy. Jakby z Bellą to było możliwe! Chwilę po tym wylądowałem na parapecie jej okna. Spała jak zabita. Od tego czasu odwiedzanie jej nocą stało się moim małym rytuałem.

Moje rodzeństwo zdążyło zrozumieć, że dziś nie będę tym, który odwiezie ich do szkoły. Zauważyli moje dziwne zachowanie tak samo jak Carlise i Esme. Przybrana matka cieszyła się z niego najbardziej, to jest nie uważała, że to normalne, ale zdecydowanie lepsze od złości i ogólnego unikania kontaktów z rodziną, czym kimkolwiek. Wieczna złość i rozdrażnienie dały im się we znaki, jednak teraz Esme była pełna nadziei, z czego nie powinienem był się cieszyć. Kilka minut po reszcie i ja dotarłem na szkolny parking. Odczekałem chwilę na niemiłosiernie hałasującą furgonetkę Belli, na której dźwięk oddech mi przyspieszył, a moje serce gdyby biło, to zdecydowanie by silniej uderzyło. Bella wpierw rozejrzała się w poszukiwaniu- tak wywnioskowałem- mojego volvo, przyjrzała mu się dokładnie, a następnie zaparkowała swój wóz na drugim końcu parkingu. Domyśliłem się, że nie chce mieć ze mną do czynienia i nadal jest na mnie wściekła za wczorajszą rozmowę oraz blokowanie parkingu, jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia.Ustalałem w głowie plan pod jakim pretekstem do niej podejść ale sama mi to ułatwiła. Wysiadając z auta upuściła kluczyki wprost w kałużę. Schyliła się po nie, ale byłem szybszy. Kiedy zorientowała się co mignęło jej przed twarzą, wyprostowała się zaskoczona stając na baczność. Jej mina z zamyślonej zmieniła się w zdezorientowanie.
- Jak to, u licha zrobiłeś?- Zapytała z niedowierzaniem. Upuściłem kluczyki na jej wyciągniętą dłoń.
- Co takiego?
- Zmaterializowałeś się czy co? Przed sekundą cię tu jeszcze nie było.- Oskarżyła mnie. Była nader spostrzegawcza. Zauważała rzeczy, na które nikt inny by nie zwrócił uwagi. Ba! Nikt inny na prawdę nie zwrócił na to uwagi. 
- Bello- Wypowiadając jej imię przeszły mnie ciarki, miałem ochotę przejechać wierzchem dłoni po jej zaróżowionym policzku- to doprawdy nie moja wina, że jesteś nadzwyczaj mało spostrzegawcza.- Zaśmiałem się z tego stwierdzenia. Bella natomiast spojrzała mi prosto w oczy, a jej serce zaczęło bić silniej. Złość? Irytacja? Strach? Wbiła wzrok w ziemię.
- A może wyjaśniłbyś mi, po co wczoraj blokowałeś wyjazd z parkingu? Myślałam, że masz zamiar udawać, że nie istnieję, a nie doprowadzać mnie do szału.
Postanowiłem być szczery z dziewczyną.
- Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera.- zaśmiałem się.- Mam dobre serce. I chłopaczyna mądrze skorzystał z okazji.- Miałem jej wyraz twarzy przed oczyma. Zszokowana z rozdziabioną buzią. 
- Ty...- Sapnęła z wściekłości. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i spojrzałem na nią czule.
- Nie udaję też, że nie istniejesz- dodałem, przypomniawszy sobie drugą część jej wypowiedzi. Już nie. Dodałem w myślach, chociaż to było błędne stwierdzenie. Nigdy nie potrafiłem ignorować Belli. Miałem zamiar przestać się temu opierać, przyjąłem to do wiadomości. Teraz tylko nauczyć się żyć z tym faktem. 
- A więc masz zamiar doprowadzać mnie do szału, tak? Aż w końcu szlag mnie trafi? No cóż jakoś trzeba się mnie pozbyć, skoro vanowi Tylera się nie udało.
Nie wierzę w tę dziewczynę... Jak nieprawdopodobny jest jej tok myślenia? Na prawdę mogła wierzyć w to, że chcę tego? Staram utrzymać ją przy życiu, chcę ją chronić, a ona... Byłem wściekły. Zacisnąłem wargi, żeby nie powiedzieć czegoś nie odpowiedniego, czego na pewno bym żałował.

- Twoje przypuszczenia są absurdalne.
Zaszła w niej drobna zmiana. Poczerwieniała, ale nie zarumieniła. Wyglądało na to, że jest wkurzona równie mocno co ja. Oczy jej świeciły, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę szkoły. Zrobiło mi się przykro z powodu mojego wybuchu.
- Czekaj!- Oczywiście nie zatrzymała się, można się było tego spodziewać. Podbiegłem do niej.
- Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie. Nie mówię, że odwołuję to co powiedziałem- Nadal jej przypuszczenia były niedorzeczne.- Nie mniej, było to niegrzeczne.
Zmierzyła mnie z góry na dół.

- Dlaczego się ode mnie nie odczepisz?- Rzuciła opryskliwym tonem.- Chciałem, na prawdę próbowałem. Sam codziennie zadawałem sobie to pytanie, dlaczego nie dam ci spokoju? Nie wiem.
- Chciałem cię o coś spytać, ale nie dałaś mi dojść do głosu- Odpowiedziałem lekkim tonem, jak gdyby bawiła mnie ta sytuacja, a nie... stresowała? 
- Masz rozdwojenie jaźni?- Spojrzała na mnie podejrzliwie. Nie dziwię jej się, że tak twierdzi.
- Widzisz, znowu zaczynasz.
Wzięła głęboki oddech i zrezygnowała z dalszej dyskusji. 
- Dobra, o co chciałeś zapytać? 
- W następną sobotę jest ten bal wiosenny...
Stanęła jak wryta. Spojrzała na mnie z przerażeniem, znów zrobiła się purpurowa na twarzy. Jej mina mówiła wszystko, miałem wrażenie, że rzuci się do bicia. Spojrzała mi prosto w oczy, a mnie przeszedł dreszcz, kiedy te brązowe oczy wpatrywały się we mnie. Krople deszczu ściekały jej po brodzie.
- Myślisz, że jesteś dowcipny?- Zadrżał jej głos. Jej mina była tak zabawna, że z trudem powstrzymywałem śmiech.
- Pozwolisz, że skończę?- Nie przestałem się uśmiechać. Spróbowała opanować swoją złość, zaplotła ręce na piersi, a szczęki zacisnęła. Wyglądała jak wściekły kociak. Przez moment zapomniałem co miałem jej do powiedzenia.
- Słyszałem, że zamiast na bal wybierasz się tego dnia do Seattle. Może miałabyś ochotę załapać się na darmowy transport?- Dziewczyna zrobiła zdezorientowaną minę. Wydawałoby się, że nie pojęła tego co jej zaproponowałem. 
- Co?
- Chciałabyś załapać się na darmowy transport?- Powtórzyłem wolniej. Czy 
- A kto jedzie do Seattle? 
- Ja, a któż by inny?- Spojrzałem na nią niepewnie. Jej źrenice rozszerzyły się.
- Skąd taki gest?
Trudno jej było pojąć dlaczego chcę jechać tam z nią... cóż. Chciałem z nią spędzić czas a dodatkowo mieć ją na oku, Seattle to duże miasto a Bella co chwilę pakuje się w jakieś niebezpieczeństwa. Dodatkowo gryzła mnie inna rzecz. To dzień, który chcieli z nią spędzić inni chłopcy. Odmówiła trzem adoratorom, czy odmówi również i mnie? Moje spostrzeżenie było dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego się przyrównywałem do innych śmiertelnych chłopców? Czy gdyby i oni zaproponowaliby, że pojadą z nią, zgodziłaby się?
Postawiłem na bycie złośliwym. Było mi wtedy łatwiej utrzymać wesoły nastrój i nie dać nic po sobie poznać.
- I tak zamierzałem pojechać jakoś w tym miesiącu. Poza tym, szczerze mówiąc, nie wierzę, że twoja furgonetka dojedzie do celu.
- Jestem wzruszona twoją troską, ale nie martw się. auto świetnie się spisuje.- Rozeźlona ruszyła szybkim krokiem przed siebie, zostawiając mnie w tyle. Nie powiedziała, że nie pojedzie. Zawołałem za nią:
- Ale na jednym baku nie dojedzie, prawda?-  Zrównałem się z nią. 
- A co cię to obchodzi?- Warknęła, ale nadal nie odmówiła.
- Wszyscy powinni przeciwstawiać się marnotrawieniu nieodnawialnych źródeł energii.- Przekomarzałem się z nią. Nie chciałem dać za wygraną dopóki nie usłyszę konkretnej odpowiedzi. 
- Wiesz co, Edward...- Gdy wymówiła moje imię zadrżałem niezauważalnie. Bycie szczerym a jednocześnie nie przerazić jej mogłoby wydawać się w tej sytuacji dość trudne.- Na prawdę nie nadążam za tobą. Jeszcze nie tak dawno twierdziłeś, że nie chcesz się ze mną kolegować.- Obiecałem być szczerym. Obiecałem.
- Powiedziałem, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów, a nie, że nie chcę ich utrzymywać.- Odpowiedziałem najbardziej szczerze jak potrafiłem, jednocześnie starając się ją ostrzec przed sobą.
- Dzięki, teraz już wszystko rozumiem.- Odpowiedziała z sarkazmem. Zatrzymaliśmy się pod daszkiem stołówki a ona znów spojrzała mi prosto w oczy.
- Byłoby...- Starałem się dobrać odpowiednie słowa- roztropniej, gdybyśmy nie zostali przyjaciółmi. Ale mam już dość zmuszania się do ignorowania ciebie, Bello.- Mój głos przybrał poważny ton, a ja nie spuszczałem wzroku z jej oczu. Staliśmy tak chwilę patrząc sobie w oczy.- Pojedziesz ze mną do Seattle?- Zapytałem łagodnie. Zamarłem w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie wydusiła z siebie żadnego słowa, ale skinęła głową jako zgoda na moją prośbę.
Powiedziała mi "tak". Nie Mike'owi czy dwóm pozostałym. Mnie. Uśmiechnąłem się z ulgą, jednak od razu przybrałem poważny ton przypominając sobie przebieg naszej rozmowy.
- Co nie zmienia faktu, że naprawdę powinnaś trzymać się ode mnie z daleka.- Ostrzegłem ją po raz kolejny.- Do zobaczenia na biologii.- rzuciłem i odwróciwszy się odszedłem z trudem powstrzymując uśmiech.