poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 6: Biologia

Lekcja mijała mi wolniej niż zawsze gdy zniecierpliwiony czekałem na porę lunchu. Siedziałem jak na szpilkach rozmyślając o wszystkim co się wydarzyło zaledwie pół godziny temu. Powiedziała mi "tak". Nie powinienem był się z tego cieszyć, ale to było... ach. Nie do opisania.
Wejrzałem w myśli Mike'a Newtona nie mogąc się powstrzymać by nie poobserwować Belli przez ten czas. Ku mojemu zdziwieniu przyglądał jej się nie z boku, a za nią. Zażenowany wczorajszą sytuacją postanowił nie siadać dziś obok niej. Nie rozmawiał z nią od wczoraj, więc nie wiele konkretów mogłem wywnioskować z jego myśli. Z jednej strony był zadowolony z tego, iż Jessica Stanley się nim interesuje, ale traktował ją jak drugą opcję. Gdyby Bella na dzień przed balem poprosiła by jednak z nią poszedł, bez wahania zrezygnowałby z pójściem z Jessicą i przyjął zaproszenie Belli.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek prawie wybiegłem z klasy i dotarłem do stołówki jako jeden z pierwszych. Postanowiłem usiąść dziś przy innym stoliku niż zawsze. Upatrzyłem miejsce jeszcze bardziej oddalone od innych. Moje przybrane rodzeństwo zostało już wcześniej poinformowane przez Alice o moich planach, więc nie byli zdziwieni moją zmianą położenia, jedynie Rosalie rzuciła mi spojrzenie pełne pogardy, a ja uśmiechnąłem się do niej złośliwie. Co ta dziewczyna z Tobą robi?- Pomyślał Emmett chichocząc pod nosem.
Wpatrywałem się w drzwi wejściowe do stołówki, słyszałem już paplaninę Jessiki. Przejęta rozmawiała... a raczej wygłaszała monolog na temat balu. Drzwi otworzyły się i weszła do środka. Bella, Mike, Eric i Jessica. Nie umiałem wywnioskować z miny Belli czy jest zamyślona, czy może tak uważnie słucha koleżanki. Dziewczyna spojrzała w stronę stołu gdzie siedziało moje rodzeństwo. Wyglądało na to, że jest smutna. przeszło mi przez myśl, że może słuchanie o balu, na którym się nie pojawi sprawia jej przykrość bo w rzeczywistości chciała na niego iść, ale szybko odsunąłem tę myśl od siebie. Zauważyłem, że Bella nie kupiła nic więcej niż tylko butelkę lemoniady, czyżby nie była głodna?
- Edward Cullen znowu się na ciebie gapi- Powiedziała Jessica. Bella natychmiast podniosła głowę, spodobało mi się to.- ciekawe, czemu usiadł dziś sam.
Bella napotkała mój wzrok, a ja uśmiechnąłem się do niej łobuzersko. Kiwnąłem na nią palcem, zapraszając ją do swojego stolika. Uniosła brwi zszokowana moim zachowaniem i lekko otworzyła usta. Zachichotałem rozbawiony jej reakcją i puściłem do niej perskie oko.
- Czy on ma ciebie na myśli?- Zapytała zaskoczona Jessica, takim tonem jak gdyby to była najbardziej nieprawdopodobna rzecz jaka mogłaby się wydarzyć.
- Może potrzebuje pomocy przy zadaniu domowym z biologii- Bella odpowiedziała niepewnie. Zrobiłem pobłażliwą minę- lepiej pójdę zobaczyć, o co mu chodzi.- Sama nie wierzyła, że może tu chodzić o jakieś durne zadanie domowe, z resztą Jessica też w to nie uwierzyła. Patrzyła na oddalającą się od niej Bellę z zazdrością i niedowierzaniem.
Dziewczyna stanęła tuż za krzesłem po przeciwnej stronie stolika.
- Może usiadłabyś dzisiaj ze mną?- Zapytałem nie przestając się uśmiechać. Zawahała się, ale usiadła, nie spuszczając ze mnie wzroku. Czekałem, aż pierwsza się odezwie chociaż zaczynałem mieć wątpliwości czy zdoła się coś z siebie wydusić.
- Nie do tego mnie przyzwyczaiłeś.- Powiedziała w końcu. Szczerość, szczerość, szczerość. Obiecałem sobie trzymać się tego ponad wszystko.
- No cóż...- zacząłem, chociaż sam nie wiedziałem co chcę powiedzieć.- Doszedłem do wniosku, że skoro i tak skończę w piekle, to mogę po drodze zaszaleć.- Wyrzuciłem szybko. Bella patrzyła na mnie jakby nie zrozumiała nic co do niej powiedziałem. Może to nawet lepiej?
- Słuchaj, nie mam zielonego pojęcia o co Ci chodzi.- Wstrzymała oddech. Rozczuliło mnie to drobne wyznanie. Wiedziałem, że ciężko się połapać w tym co mówię.
- Wiem.- Uśmiechnąłem się z ulgą. Czemu usiadła z Cullenem? A kim to on jest? Usłyszałem wzburzenie Mike'a, skupiając się na myślach przyjaciół Belli. Też mi coś, co w niej niby jest takiego, że nawet Edward zwrócił na nią uwagę. Pomyślała Jessica.- Myślę, że twoi znajomi nają mi za złę, że im ciebie podkradłem.
- Jakoś to przeżyją.- Odparła oschło, jak gdyby nie spodobało jej się, fakt, że tak skupiają się na niej zamiast na sobie. Wszyscy rzucali ciekawskie spojrzenia w naszym kierunku.
- Mogę cię już im nie oddać.- Odparłem, zawierając w mojej odpowiedzi ostrzeżenie. Ta dziewczyna powinna się nauczyć trzymać z dala ode mnie. Bella głośno przełknęła ślinę. Zaśmiałem się.
- Boisz się?- zapytałem sarkastycznie.
- Skąd.- Zaprzeczyła, ale głos jej zadrgał, co ją zaskoczyła, zmarszczyła czoło.- Jestem raczej zaskoczona. Skąd ta zmiana?
- Już ci mówiłem- wysiliłem się na swobodny ton- mam już dość tego, że muszę cię ignorować. Więc daję sobie z tym spokój.
- Spokój?- Była zdezorientowana.
- Nie chcę dłużej być grzecznym chłopcem. Od teraz będę robił to na co mam ochotę, i niech się dzieje co chce.- Przestałem się uśmiechać. Nie do końca będę robić co chcę i nie chcę też by działo się obojętnie co, ale musiałem ją ostrzec. Mój głos przybierał coraz bardziej poważny ton. To co do niej mówiłem było jednym z kilku na prawdę trudnych dla mnie wyznań, takich, których powinna się wystraszyć, ale ona patrzyła na mnie tylko zdezorientowana, nic więcej!
- Znów nic nie rozumiem.- Na prawdę lepiej dla mnie. Uśmiechnąłem się ponownie i spojrzałem jej prosto w oczy.
- Przy tobie zawsze się niepotrzebnie rozgaduję. Mam z tym problem. Jeden z wielu z resztą.- To chyba najmniej ważny problem jaki mam przebywając z Bellą, ale o tym wolałem na razie nie wspominać.
- Nie martw się. I tak nigdy nie wiem, o co ci chodzi.- Odparła drwiąco.
- Na to też liczę.- Egoista ze mnie.
- Czyli...- zawahała się- w normalnym języku, zostajemy przyjaciółmi?
- Przyjaciółmi...- Tego chciała? Przyjaźni? Dla mnie to było za mało, zdecydowanie za mało. Nie podobało mi się określenie przyjaciel, nie tego chciałem.
- Albo i nie.- Szepnęła zawstydzona. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, aby pokazać, że nie miałem zamiaru jej wcale odmawiać. Zawsze to lepsze niż nic.
- Sądzę, że możemy spróbować.- O ile uda mi się utrzymać z nią tylko przyjacielskie stosunki.- Ale uprzedzam cię, że przyjaźń ze mną to nie przelewki.
- W kółko to powtarzasz.- Odparła. Serce jej przyspieszyło- bała się.
- Bo mnie nie słuchasz. Nadal czekam, aż potraktujesz mnie poważnie. Jeśli jesteś bystra, sama zaczniesz mnie unikać.-  Hipokryta ze mnie, mówiłem jedno a robiłem drugie, to ja nie dawałem jej spokoju, ona automatycznie przystosowuje się do mnie. W dodatku świństwem z mojej strony było oskarżać ją o brak bystrości.
- No tak, teraz już wiemy dokładnie jak oceniasz moje zdolności intelektualne. Piękne dzięki.- Zdenerwowała się, Miała powód. Uśmiechnąłem się do niej przepraszająco, westchnęła.- Podsumowując, póki nie przejrzę na oczy możemy próbować się zaprzyjaźnić, zgadza się?
- Tak to mniej więcej wygląda.
Spuściła wzrok i skupiła się na butelce, w okół której zaplotła palce. Nie odzywała się dłuższą chwilę. Ciekawość wzięła górę.
- O czym myślisz?- Podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zastanawia mnie kim na prawdę jesteś.- Zamarłem, ale nie przestałem się uśmiechać. Było to bardzo sztuczne. Nie była głupia, widziała, że coś ze mną nie tak i jeszcze te moje ostrzeżenia...
- I jak ci idzie?- Zapytałem obojętnie.
- Kiepsko.- Zaśmiałem spojrzawszy na nią serdecznie. Czy to zauważyła?
- Masz jakieś hipotezy?
Wolałem jednak spróbować dowiedzieć się czy przypadkiem nie wpadła na głupi pomysł, który niechybnie przybliżyłby ją do rozwiązania zagadki. Zarumieniła się.
- Powiesz mi?- Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na nią z zaciekawieniem uśmiechając się zachęcająco. Pokręciła głową przecząco.
- Spaliłabym się ze wstydu.- Ach..
- To takie frustrujące.- Odpowiedziałem. Nic nie może być przecież gorszego od tego jak jest!
- Nie rozumiem, co w tym takiego frustrującego- ożywiła się. Zaskoczyła mnie tym nagłym podniesieniem tonu- tylko dlatego, że ktoś nie chce ci się zwierzyć, a jednocześnie co rusz czyni jakiś enigmatyczne uwagi, nad których zrozumieniem człowiek biedzi się po nocy, bo z nerwów, nie może zasnąć?!- Kontynuowała coraz bardziej wzburzona- Gdzie tu, u licha powód do frustracji.- Miała rację. Byłem nie w porządku.- Albo jeszcze lepiej! Taka osoba może nie tylko mówić, ale i robić różne dziwne rzeczy. Jednego dnia dajmy na to, ratuje ci życie przecząc prawom fizyki, a nazajutrz traktuje cię jak pariasa, bez jednego słowa wyjaśnienia, choć obiecała, że wszystko wytłumaczy. Przecież to błahostka, którą nie ma co się przejmować.
Patrzyłem na nią w zdumieniu, nie dość, że to jej najdłuższa wypowiedź od samego początku roku to w dodatku pierwszy raz przy mnie aż tak się otworzyła na emocje. Nie było to wyznanie miłości, ale zawsze jakieś emocje. W dodatku kierowane do mnie.
- Nie powiem, masz charakterek.- Odpowiedziałem z uznaniem. Podobało mi się to.
- Nie lubię hipokrytów i ludzi, którzy nie dotrzymują słowa.- Mierzyła mnie wzrokiem, a ja patrzyłem na nią próbują odgadnąć co dokładnie ma na myśli. Tj. wiedziałem o co jej chodzi, ale czy, stwierdziła własnie, że mnie nie lubi? Nie wiedziałem jak powinienem to odebrać. Co on odwala teraz? Zaraz wstanę do niego i chyba utnę sobie z nim pogawędkę! Mike Newton przyglądał mi się z oburzeniem. Zaśmiałem sobie na samą myśl, że tak chciałby zrobić nie patrząc nawet na to, że nie miałby za grosz odwagi spojrzeć mi w oczy.
- Co jest?
- Twój chłopak zdaje się sądzić, że jestem wobec ciebie chamski. Zastanawia się czy tu nie podejść i nie wszcząć bójki.- Zaśmiałem się spoglądając na niego wyzywająco.
- Nie wiem o kim mówisz, ale tak czy siak na pewno jesteś w błędzie.- Odrzekła chłodnym tonem. Dobrze wiedziała o kim mówię, więc podobało mi się to w jaki sposób podkreśliła wszelaki brak przywiązania do niego.
- Nie mylę się. Mówiłem ci , większość ludzi łatwo rozszyfrować.- Nie kłamałem. Nie ważne przecież, że ma to związek z moją nadzwyczajną zdolnością.
- Poza mną, rzecz jasna.
- Tak, z wyjątkiem ciebie.- Odstępowała do reguły w każdym calu. Wszystko było w niej inne. Aż trudno było uwierzyć, że jedna osóbka może być tak wyjątkowa i dobra. Była...taka inna...- Ciekawe, dlaczego tak jest.- Dodałem, zamyślony. Spojrzałem jej prosto w duże oczy, ale szybko odwróciła wzrok. Szybko odkręciła nakrętkę butelki lemoniady i upiła spory łyk nie odrywając wzroku od blatu. Tylko tyle? Właśnie przypomniałem sobie, że Bella nie wzięła sobie nic do jedzenia.
- Nie jesteś głodna?- Spytałem zaniepokojony.
- Nie. A Ty?
Zaśmiałem się na samą myśl, że miałbym być głodny. Dziewczyna nadal na mnie nie spojrzała, natomiast ściągnęła brwi i zacisnęła usta w wąską szparę.
- Zrobisz coś dla mnie?- Zapytała po chwili. Pomyślałem od razu by odpowiedzieć jej, że co tylko zechce... Jednak jeśli poprosi mi abym powiedział jej coś czego nie mogłem jej powiedzieć?
- To zależy.
- Nic takiego.- Obiecała. Spojrzałem na nią uśmiechając się aby ją zachęcić.- Czy nie mógłbyś...- Nie wiedziała jak to powiedzieć.- uprzedzić jakoś, kiedy następnym razem postanowisz mnie ignorować dla mojego własnego dobra? Chcę być przygotowana.- Nie odrywała wzroku od butelki, palcem wodziła po jej szyjce.
Uśmiechnąłem się ponownie. Chciała ostrzeżenia, a więc nie odpowiadało jej to, że ją ignorowałem. Nie cieszyło ją kiedy dawałem jej spokój. Był to dobry znak. Dla mnie dobry, dla niej zaś nie bardzo. Powinna cieszyć się, że trzymam się od niej z daleka.
- Rzeczywiście, tak będzie bardziej fair.
- Dzięki.- Spojrzała na mnie z prawdziwa wdzięcznością. Przyszedł mi do głowy drobny podstęp.
- Czy dostanę w zamian jedna szczerą odpowiedź?- Teraz to ona zrobiła się podejrzliwa.
- Strzelaj.
- Zdradź mi choć jedną ze swoich hipotez?
Spięła mięśnie i zacisnęła szczękę.
- Proszę o inny zestaw pytań.- Odpowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Obiecałaś mi. I nie określiłaś kategorii.- Przypomniałem triumfalnie.
- Sam nie dotrzymujesz obietnic.- Wyrzuciła. Miała rację, nie mogłem temu zaprzeczyć, ale ciekawość zżerała mnie od środka w dodatku- chociaż wtedy o tym nie pomyślałem- od tego zależało bezpieczeństwo mojej rodziny.
- Jedna mała hipoteza. Nie będę się śmiał.- Obiecałem. Dziewczyna poczerwieniała.
- Będziesz, będziesz.- Nie dawała za wygraną.
Nie mogłem nic zaradzić, byłem na przegranej pozycji, mimo to nie chciałem poddać się tak łatwo. Podniosłem wzrok zaglądając w jej oczy. Duże, ciemne, trochę zagubione, ale piękne oczy. Zdezorientowało mnie to na chwilę, zamrugałem, by łatwiej było mi się skoncentrować. Pochyliłem się nad stołem by znaleźć się bliżej jej twarzy.
- Proszę.-Wyszeptałem przeciągle.
Zawahała się i zamrugała nerwowo.
- Co?- Zapytała bezwiednie. Była totalnie oszołomiona, nie do końca to chciałem osiągnąć.
- Proszę, zdradź mi jedną ze swoich hipotez.- Nie spuszczałem z niej wzroku. Starałem się wyłapać wszystkie emocje, które widnieją na jej twarzy. Spróbować wyczytać z oczu jej myśli. Niestety nie było to wykonalne.
Bella westchnęła zrezygnowana.
- Czy ja wiem? Ugryzł cię radioaktywny pająk?
Spojrzałem na nią pobłażliwie. Poważnie? Peter Parker i przyjaciele?
- Niezbyt to oryginalny pomysł.
- Sorry, nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
- Nie zbliżyłaś się do rozwiązania zagadki ani o milimetr.- Droczyłem się z nią chociaż w rzeczywistości czułem ulgę. Dziwiło mnie też z jaką łatwością potrafię z nią rozmawiać o mojej inności. Tyle, że Bella nie była świadoma- a przynajmniej tak mi się wydawało- tego, że nie żartuję.
- Żadnych pająków?- Upewniła się.
- Żadnych.
- Zero radioaktywności?
- Nic z tych rzeczy.
- Kryptonit też na mnie nie działa.- Gdyby zapytała o ugryzienia nie mógłbym skłamać. Obiecałem być z nią szczery. Zachichotałem mimowolnie na myśl, że bierze mnie za jednego z komiksowych bohaterów.
- Miałeś się nie śmiać, pamiętasz?- Przygryzłem dolną wargę z trudem powstrzymując śmiech.- Kiedyś zgadnę.
Teraz na serio spoważniałem.
- Lepiej nie próbuj.- Ostrzegłem ją poważnym tonem.
- Bo co?- Była  butna, ale szczerość to szczerość. No przynajmniej na miarę możliwości.
- A co jeśli nie jestem pozytywnym bohaterem komiksu, tylko jedną z tych mrocznych postaci, z którymi walczy?- Uśmiechnąłem się aby nie dać po sobie poznać jak bardzo to co mówię to prawda.
- Och.- Zmarszczyła brwi. Wyglądała jakby coś nagle do niej dotarło.- Rozumiem.- Dodała z pewnością. Olśniło ją. Nagle zaczęło jej się wszystko zgadzać. Przełknąłem ślinę, nie byłem już traz tak pewny siebie, a co jeśli powiedziałem za dużo?
- Tak?
- Jesteś niebezpieczny?- Zapytała. Och, dziewczyno! Cały ten czas ci o tym przypominam! W końcu moje słowa do niej dotarły. Jej serce zaczęło bić szybciej, wyraźnie zaczęła się mnie bać.- Ale nie jesteś zły.- Dodała po chwili kręcąc głową.- Nie, w to nie uwierzę.- Mówiła cicho, bardziej do siebie niż do mnie. Było mi ciężko, teraz jeszcze trudniej było mi zrozumieć ją niż wcześniej.
- Mylisz się.- Odpowiedziałem ledwie słyszalnym tonem. Nie mogłem powiedzieć jej całej prawdy, ale też nie mogłem jej okłamywać.
Patrzyłem teraz prosto na blat stołu. Zabrałem zakrętkę od butelki lemoniady zakupioną przez Bellę i zacząłem kręcić nią na stole. Bella wpatrywała się we mnie z przekrzywioną lekko głową. Twierdziła, że nie jestem zły. I to z takim przekonaniem, że na prawdę zacząłem wierzyć w to, że się mnie nie boi, że nie jestem dla niej straszny. Nagle drgnęła i obróciła się na krześle.
- Spóźnimy się na lekcje.- Wystraszyła się.
- Ja nie idę.- Obracałem nakrętkę coraz szybciej.
- Czemu?
- Dobrze człowiekowi robi powagarować od czasu do czasu.- Uśmiechnąłem się zawadiacko, by ukryć zmartwienie. Ledwo kontroluję swój głód przy Belli kiedy jej skóra jest w całości a co dopiero na dzisiejszej lekcji biologii, na której pan Banner zamierzał przeprowadzić badanie własnej grupy krwi.
- Ja tam nie wagaruję.- Odparła cicho. Oczywiście, że nie wagarowała. To nie był ten typ osoby. Była odpowiedzialna.
- W takim razie do zobaczenia.
Gdy zadzwonił dzwonek Bella zawahała się jeszcze na chwilę po czym ruszyła w stronę wyjścia. Rzuciła mi ostatnie spojrzenie, aby upewnić się czy na pewno nie mam zamiaru udać się na biologię i szybkim krokiem ruszyła do wyjścia rozwiewając wszelkie nadzieje na to, iż pozostanie ze mną.
Siedziałem tak jeszcze chwilę przyglądając się nakrętce od butelki. Schowałem ją do kieszeni, wstałem i ruszyłem w stronę samochodu. Na dworze było stosunkowo chłodno a deszcz mżył lekko obmywając szyby aut. Kiedy znalazłem się w volvo, wyciągnąłem nakrętkę i przyglądałem się jej obracając w każdą stronę, przypominając sobie tak dla mnie ważną rozmowę z Bellą. Moje rodzeństwo nie wierzyło, że uda mi się wytrzymać tak długi czas tak blisko niej, a jednak. Mylili się. Nastawiłem radio na płytę, która aktualnie była włożona do odtwarzacza.
Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy wsłuchując się w równomierne uderzanie kropel deszczu o dach auta.
Boże drogi przecież ona zaraz straci przytomność, albo zwymiotuje Usłyszałem panikującego Mike'a Newton'a. Spojrzałem w jego stronę, właśnie pomagał Belli przysiąść na chodniku. Dziewczyna od razu położyła się na lewym boku i oparła policzek o cement. Wyskoczyłem z samochodu jak Filip z konopi.
- Bello?- Zawołałem.
Na jej czole pojawiła się niewielka zmarszczka.
- Co jej jest? Co się stało?- Zapytałem ostrym tonem. Zachodziłem w głowę co on jej zrobił. Zabiję go, zabiję! Mike nie potrafił myśleć o niczym innym jak o pragnieniu bym zniknął. Według niego pojawiałem się zawsze w takich momentach aby tylko przeszkodzić mu w kontaktach z Bellą. Na prawdę tylko to go w tym momencie obchodziło.
- Chyba zemdlała- Odpowiedział spanikowanym tonem. Wstrzymałem oddech.- Dziwne, nawet nie zdarzyła sobie nakłuć tego palca!- Dodał piskliwym tonem, natomiast ja z ulgą wypuściłem powietrze z płuc.
Spojrzałem na nią czule i przykucnąłem pochylając się nad nią.
- Bello? Słyszysz mnie?
- Nie.- Jęknęła.- Daj mi spokój.
Zaśmiałem się. Mimo jej położenia nadal potrafiła być zaskakująca.
- Prowadziłem ją właśnie do pielęgniarki.- Wtrącił obrażony Mike.- Ale nie chciała iść dalej.- Rzuciłem w jego stronę zniecierpliwione spojrzenie.
- Zastąpię cię. Wracaj do klasy.- Oświadczyłem, nie zawracając sobie nim dalej głowy, jednak ten nie dawał za wygraną.
- Ale to ja ją miałem zaprowadzić!- Zaprotestował.
Ten chłopak był po prostu okropny, zamiast chcieć aby Bella jak najszybciej poczuła się lepiej to wykłócał się ze mną kto i gdzie ją zaprowadzi. Puściłem jego uwagę mimo uszu.
Wziąłem szybki wdech i uniosłem dziewczynę na tyle powoli na ile pozwalała mi sytuacja. Leżała teraz na moich wyciągniętych ramionach tak, aby nasze ciała się nie dotykały. Przyspieszyłem kroku.
Bella nagle otworzyła szeroko oczy.
- Postaw mnie na ziemi.- Zażądała.
- Hej!- Mike zawołał w oddali.
Przyjrzałem się dziewczynie. Była zielona na twarzy a mimo to, nie chciała pozwolić na to by się nią zaopiekowano, na prawdę mnie zaskakiwała.
- Wyglądasz okropnie.- Uśmiechnąłem się do niej szeroko.
-Puść mnie, do cholery!- Jęknęła. Była uparta. Postanowiłem jakoś odwrócić jej uwagę.
- A więc, mdlejesz na widok krwi?- Zapytałem zafascynowany i rozbawiony. Ja ją piję a jej jest od niej nie dobrze. Zdecydowanie należymy do dwóch różnych światów. Zamknęła oczy.- I to nawet nie swojej własnej?- Nadal mi nie odpowiadała.
Otworzenie drzwi budynku nie stanowiło najmniejszego problemu, zrobiłem to tak szybko, że Bella nawet nie drgnęła.
Przerażona pani Cole zerwała się z miejsca.
- Zasłabła na lekcji biologii- Uspokoiłem kobietę.
Minęliśmy kontuar i podeszliśmy do gabinetu pielęgniarki, sekretarka przytrzymała nam drzwi. Zaskoczona pielęgniarka przerwała czytaną powieść. Położyłem Bellę ostrożnie na starej kozetce a sam podekscytowany udałem się w drugi kąt pomieszczenia. Byłem zbyt blisko niej by dalej utrzymywać niewielki dystans.
- To nic takiego, zrobiło jej się tylko niedobrze i zakręciło w głowie.- Na szczęście tylko to, dodałem w myślach.- Ustalali dziś grupy krwi na biologii.- Kobieta pokiwała ze zrozumieniem.
- Tak, tak, zawsze się jedno takie trafi.
Nic dziwnego, że przydarzyło się to akurat Belli. Ledwo stłumiłem śmiech.
- Poleż sobie chwilkę, słoneczko. Samo minie.
- Wiem, wiem.- Westchnęła. Wyglądała już dużo lepiej.
- Często ci się to zdarza?
- Czasami.- Przyznała, a ja udałem napad kaszlu aby się nie roześmiać na dobre.
- Możesz już wrócić na lekcje.- Pielęgniarka spojrzała na mnie ze sceptycyzmem.
- Mam z nią zostać.- Odparłem stanowczo. Nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie chociaż chwili, którą mógłbym spędzić z Bellą. No tak. Skinęła głową. To było takie proste. Kontrolowanie ludzi... jedli mi z ręki kiedy tego chciałem, a Bella? Była taka inna od wszystkich.
- Przyniosę ci trochę lodu na czoło, złotko.- Zwróciła się do dziewczyny po czym wyszła z pokoiku zostawiając nas sam na sam.
- Miałeś rację.- Bella jęknęła nie otwierając oczu.
- Zwykle mam. A o co dokładnie chodzi?
- Te wagary to był jednak dobry pomysł.- O tak. Zdecydowanie by się Belli przydały. Gdyby na nie poszła nie leżałaby tu na kozetce.
- Wystraszyłem się trochę, gdy zobaczyłem cię z Newtonem- Przyznałem.- Wyglądało to tak, jakby ciągnął twoje zwłoki do lasu, żeby je gdzieś zakopać.
- Ha, ha, ha- Udała śmiech. Zdecydowanie czuła się lepiej skoro już zdobyła się na sarkastyczny ton.
- Serio. Byłaś bardziej zielona na twarzy niż niejeden trup... Myślałem już, że będę musiał cię pomścić.- Nie żartowałem. Gdyby Mike jej coś zrobił... Zacisnąłem zęby w nagłym przypływie wściekłości.
- Biedny Mike, musi być wściekły.- Zagotowało się we mnie jeszcze bardziej.
- Nie ma co, facet mnie nienawidzi.
- Skąd wiesz?- Zaczepiła.
- To było widać po jego minie.- Tak, zdecydowanie wyglądał jakby miał ochotę mnie zabić. Śmieszne.
- Jak nas zauważyłeś?- Zmieniła temat.- Miałeś urwać się z lekcji.
- Siedziałem w aucie. Słuchałem muzyki.- Wyglądała na zaskoczoną. W tym momencie do środka weszła pielęgniarka z okładem dla Belli.
- Proszę bardzo. Wyglądasz dużo lepiej.
- Chyba już dużo lepiej.- Odparła Bella siadając na kozetce. Drgnąłem. Nie powinna po tym wszystkim tak szybko siadać, jednak drzwi gabinetu znów się otworzyły a do środka zajrzała ponownie pani Cole.
- Mamy następnego.
Bella zeskoczyła z kozetki aby ustąpić miejsca nowej osobie oddając kompres pielęgniarce.
- Proszę, już go nie potrzebuję.
Naburmuszony Mike przywlekł kolejną osobę żałując, że znów mnie spotyka. Przesłał mi gniewne spojrzenie a ja odpowiedziałem tym samym. Dosłownie zmrożony odwrócił natychmiast wzrok. Do środka wszedł Lee Stephens, jego palec kilkukrotnie nakłuty ociekał strużkami krwi. Bella i dwa pokrwawione palce w jednym pomieszczeniu to było już dla mnie za dużo jak na jeden raz. Bella też się skrzywiła, zielonkawy kolor zaczął na nowo pokrywać jej twarzyczkę.
- Cholera, Bello wyjdź do sekretariatu, dobra?- Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Zaufaj mi. No, idź już.- Szepnąłem i wyszedłem a Bella za mną.
- Kurczę, posłuchałaś mnie.- Oznajmiłem zaskoczony, to był chyba pie
rwszy raz kiedy Bella zrobiła to o co ją proszę.
- Poczułam zapach krwi.- Wyjaśniła marszcząc drobny nosek. Spojrzałem na nią jeszcze bardziej zszokowany.
- Ludzie nie potrafią wyczuć zapachu krwi.- Zaprotestowałem zdumiony.
- No cóż ja potrafię. To od niego mnie mdli. Krew pachnie jak rdza... i sól.- Skrzywiła się. Zaskakiwała mnie coraz bardziej. Czy aby na pewno należała to tego samego gatunku co reszta?
- Co jest?- Zapytała.
- Nic, nic.
Z gabinetu wyszedł właśnie Mike, nadal wkurzony Spojrzał na Bellę po czym rzucił wzrokiem na mnie a następnie znów na Bellę.
- Wyglądasz dużo lepiej.- Powiedział takim tonem jakoby powinna go za to przeprosić. Zalała mnie fala gorąca.
- Tylko nie wyciągaj ręki z kieszeni.- Odrzekła Bella, jak zawsze kulturalnie.
- Już nie krwawi.- Odburknął ponurym tonem.- Wracasz na lekcję?
- Chyba żartujesz. Zaraz musiałabym tu wrócić.
- No tak... To co, jedziesz nad to morze?- Chłopak spojrzał na mnie z ukosa. A więc, tak miały się sprawy. Z nim też umówiła się na weekend. Zazdrość paraliżowała mnie od stóp do głów. Stałem nieruchomo, oparty o kontuar nie patrzyłem w ich stronę.
- Jasne, przecież obiecałam.- Odparła przyjaźnie.
Randka? Czy tak to traktowała? Ale jadą całą grupą to na pewno nie randka. Aczkolwiek nie byłem jedyną osobą, której powiedziała "tak" na wspólny wypad... Ale ze mną będzie sam na sam, więc my to bardziej wygląda jak randka niż z nim. Jaka randka!? to tylko wspólne wyjście, muszę ją mieć przecież na oku, matko droga, co ja wyprawiam. Skarciłem sam siebie za te niedorzeczne pomysły. Miała prawo umówić się z Mike'em Newtonem, był dla niej odpowiedniejszym kandydatem na chłopaka niż ja. Tzn. nie był dla niej wcale odpowiedni, był arogancki, myślał wpierw o sobie dopiero potem o innych, był często niegrzeczny... a mimo tego wciąż bardziej odpowiedni dla niej niż ja. Edward Cullen potwór, który tak pragnie krwi Belli. Belli. Niesamowitej, zaskakującej, nadzwyczajnej, pięknej i dobrej Belli.
- Zbiórka jest w sklepie ojca o dziesiątej.- Znów na mnie zerknął, zastanawiając się czy nie wyjawił za dużo informacji. Po jego wyrazie twarzy wyraźnie było widać, że nie jestem tam mile widziany.
Tylko nie przywlecz go ze sobą. Pomyślał i zacisnął szczęki. Obraz mnie i Belli rozmawiających wesoło, olewając wszystkich dookoła ogarnął jego umysł.
- Będę na pewno.- Obiecała Bella.
- No to do zobaczenia na WF-ie.
Chłopak zawahał się jeszcze zastanawiając się czy nie dodać jednak, że miejsca są ograniczone, ale stwierdził najwyraźniej, że nie ma to sensu.
- Na razie!- Zawoła za nim.
Spojrzałem na dziewczynę, rozszerzyły jej się źrenice i znowu pobladła.
- WF!- jęknęła z rozpaczy.
Nachyliłem się nad dziewczyną i mruknąłem jej do ucha:
- Zajmę się tym. Siadaj i postaraj się wyglądać blado.
Bella usiadła na rozchybotanym krześle, a głowę oparła o ścianę przymykając oczy.  Rzeczywiście zbladła, a w dodatku była spocona, wyglądała teraz jakby zemdlała bądź zasnęła.
Podszedłem z powrotem do kontuaru i oparłem się na przedramionach.
- Proszę pani?- Zwróciłem się najłagodniejszym i najbardziej przekonywującym tonem na jaki było mnie stać.
- Tak?
Jej serce i oddech przyspieszyło. Podobałem się kobietom mimo, że czuły do mnie duży respekt, mogłyby mdleć gdybym miał zamiar je do tego stanu doprowadzać. Tylko Bella reagowała inaczej. Jej tętno przyspieszało owszem, ale miało to związek ze strachem.
- Bella ma zaraz WF, a moim zdaniem nie jest jeszcze w formie. Czy nie powinienem odwieźć jej do domu? Byłaby pani tak dobra i usprawiedliwiła tę nieobecność?- Zamrugałem z wolna, zaglądając jej w oczy. Nie miały nic wspólnego z oczami Belli, kolor taki nijaki i takie płytkie. Belli można by zajrzeć w duszę przez oczy, były takie ciepłe, głębokie pełne starczej mądrości a jednocześnie tak młode, nieokalane ani jedną zmarszczą. Powieki miała wręcz przezroczyste. Gdy przymykała oczy bądź mrugała nad linią rzęs można było dostrzec pajęczyny błękitnych żyłek, była taka... pociągająca.
- Czy ciebie też usprawiedliwić?- Pani Cole nie potrafiła mi odmówić. Głos miała wysoki i poddenerwowany.
- Nie trzeba. Mam lekcję z panią Goff. Nie będzie robić problemów.- Odwróciłem się w stronę dziewczyny.- Słyszałaś Bello? Wszystko załatwione.
Skinęła głową chcąc jak najlepiej odegrać swoją rolę. Nie wychodziło jej to najlepiej, spojrzałem na nią z zjadliwym uśmieszkiem.
- Możesz iść czy znów wziąć cię na ręce?- Dziewczyna drgnęła.
- Poradzę sobie.- Przewidziałem jej reakcję tym razem, to było podobne do niej, nie chciała pomocy.
Wstała ostrożnie i sprawdziła czy da radę się utrzymać w pionie. Przytrzymałem jej drzwi nie przestając się kpiarsko uśmiechać.
- Dziękuję.- Wyszliśmy. Znowu się rozpadało.- Niemal warto było zasłabnąć, aby opuścić WF.
- Do usług.- Zmrużyłem oczy w deszczu.
- Pojechałbyś z nami nad to morze?- Zapytała z nadzieją w głosie.- Wiesz, w tę sobotę?
Chciała bym pojechał. Chciała mojego towarzystwa. Niemalże rozpłynąłem się na tę prośbę. Znów naszła mnie ochota na szeroki uśmiech i objęcie jej delikatnej twarzyczki w moje dwie dłonie jak z marmuru. Jednak musiałem utrzymać utrzymać obojętny ton by nie dać po sobie poznać jak ucieszyłem się, że chciała tam mnie. Właśnie mnie.
- To dokąd właściwie jedziecie?
Jednak plaża to plaża, to miał być ciepły, słoneczny dzień w dodatku zdecydowanie nie byłem zaproszony.
- Na plażę nr 1 w La Push.- A więc odpada na sto procent.
- Nie sądzę, żebym był zaproszony.
Bella posmutniała. Nie powinno sprawiać mi to radości, że zrobiła się smutna z powodu, że mnie tam nie będzie.
- Przecież dopiero co cię zaprosiłam.
- Dość już zaleźliśmy Mike'owi za skórę w tym tygodniu. Nie chcemy chyba, żeby stracił cierpliwość, prawda?
Chociaż ta opcja zdecydowanie mi się spodobała.
- A tam Mike.- Mruknęła niezadowolona.
To również mi się spodobało. Poczułem się od niego ważniejszy, lepszy. Nie powinienem, czułem, że nie powinienem, ale co mam poradzić na moje własne uczucia?
Szliśmy na parking w milczeniu. Bella nagle skręciła w lewo w stronę swojej furgonetki. Złapałem ją za tył kurtki i przyciągnąłem z powrotem do siebie.
- A dokąd to?- Zdenerwowałem się. Chciała mnie zostawić już czy jak? Zdenerwowałem się niepotrzebnie, ale to ja zachodziłem w głowę jak tu przedłużyć ten czas a ona mnie zostawia? Wyglądała na zaskoczoną moim zachowaniem no i miała do tego pełne prawo.
- No jadę do siebie.
- Nie słyszałaś, jak obiecywałem, że odstawię cię do domu? Myślisz, że pozwolę ci kierować w takim stanie?- To był słaby argument, ale tonący brzytwy chwyta. Nie spodobało jej się to.
- W jakim znowu stanie?- Zawołała rozdrażniona. - I co będzie z furgonetką?
- Poproszę Alice, żeby ją odwiozła.- Odpowiedziałem, jednocześnie ciągnąc ją w stronę moje samochodu. Gdyby się tak nie opierała i szła normalnie byłoby mi dużo łatwiej a jej wygodniej, holowanie za kurtkę nie należało do najprzyjemniejszych zadań dla obydwóch stron.
- Przestań!- Próbowała się wyszarpnąć, ale nie miała żadnych szans.
Puściłem ją przy samochodzie, ale Bella zatoczyła się, nie mogąc utrzymać równowagi i uderzyła się o drzwiczki volvo. Prędzej słonie zaczną latać niż ona nauczy się chodzić. Zachichotałem, ale nie zauważyła tego.
- Boże, ale z ciebie tyran.
- Są otwarte.- Odpowiedziałem a sam zasiadłem za kierownicą.
-Nic mi nie jest! Sama się odwiozę.- Awanturowała się niemiłosiernie. Deszcz ściekał z niej strużkami. Opuściwszy automatycznie szybę nachyliłem się nad siedzeniem pasażera.
- No już, wsiadaj.- Odparłem spokojnie.
Nie odpowiedziała mi. Ukradkiem spojrzała na swoją furgonetkę jak gdyby miała zaraz wziąć nogi za pas i uciec mając nadzieję, że nie zdążę jej złapać.
- Przywlokę cię z powrotem.- Zagroziłem. Ewidentnie zmarkotniała, a więc zgadłem.  Wsiadła do volvo nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem.
- Nie potrzebnie zawracasz sobie głowę.- Powiedziała urażonym tonem.
Nie odpowiedziałem na to. Nie chciałem dalej się z nią spierać, natomiast włączyłem ogrzewanie mając nadzieję, że to coś da, oraz włączyłem radio. Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu wciąż miała obrażoną minę jednak po chwili zmarszczyła czoło i zapytała zaskoczona.
- Clair du Lune?
- Znasz Debbusy'ego?- Teraz ja się zdziwiłem. Czyżby lubiła taką muzykę? Byłem w szoku.
- Nie za dobrze- Przyznała.- Moja mama często słucha w domu muzyki poważnej, ale po tytułach znam tylko swoje ulubione kawałki.
A więc musi być podobna do swojej matki chociaż odrobinę. Tak jak do mnie. Zaskoczyło mnie moje własne spostrzeżenie. Nigdy nie myślałem o Belli jak o kimś podobnym do mnie. Wziąłem płytki oddech, jej zapach był tak palący i taki... ach. Spojrzałem na nią z czułością. Siedziała wygodnie rozłożona na fotelu w moim aucie, była taka spokojna i zrelaksowana, że aż miło było na nią patrzeć. Ciekawe czy miała to za Charliem czy za mamą. Skoro jej mama lubiła muzykę klasyczną...
- Jaka jest twoja matka?- Zapytałem nie mogąc się powstrzymać. Spojrzała na mnie.
- Hm. Fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne, z tym, że ona jest ode mnie ładniejsza.- Uniosłem brwi. Szczerze wątpiłem, że ktoś byłby w stanie być ładniejszym od Belli.- Mam w sobie zbyt dużo z Charliego. Mama jest też bardziej otwarta niż ja, śmielsza. Jest nieodpowiedzialna i nieco ekscentryczna, a w kuchni robi dzikie eksperymenty.
Brzmiało to zupełnie inaczej niż powinno. Na odwrót. To nie było to co córka mówi o matce, lecz matka o córce. Zmartwiona jej szybkim dojrzewaniem i nastoletnim buntem.
- No i jest moją najlepszą przyjaciółką.- Dodała uśmiechając się smutno do siebie. Ewidentnie było widać- tęskni za matką.
Była nader dojrzałą dziewczyną. Ba. Była nader dojrzałą osobą. Najdojrzalszą nastoletnią osóbką jaką poznałem, co więcej- przewyższała tym niejednego dorosłego.
- Ile masz lat Bello?- Musiała być starsza od swoich znajomych.
Zatrzymałem samochód na podjeździe przed jej domem. Nie powinienem był wiedzieć gdzie mieszka, ale zorientowałem się za późno. Bella natomiast najwyraźniej nie wpadła na to samo.
- Siedemnaście.- Odpowiedziała zdezorientowana.
- Nie zachowujesz się jak siedemnastolatka.- Skwitowałem.
Zaśmiała się.
- Co jest?- Zapytałem, nie ukrywając zaciekawienia.
- Mama powtarza zawsze, że urodziłam się jako trzydziestopięciolatka i z roku na rok robię się coraz bardziej poważna.
Znów się zaśmiała z tego wspomnienia. A potem dodała smutniejszym już tonem:
- No cóż, ktoś w domu musi być dorosły.- Więc to tak. To natura jej nieodpowiedzialnej matki zmusza ją do bycia tą dojrzalszą.-Poza tym ty też nie przypominasz przeciętnego licealisty.
Skrzywiłem się, zdecydowanie była bardzo spostrzegawcza. Postanowiłem zmienić temat.
- Dlaczego twoja matka wyszła za Phila?
Znów drobna gafa. Nie powinienem był pamiętaj imienia jej ojczyma, ale to można wytłumaczyć, wiele osób ma dobrą pamięć, jest mnóstwo wymówek. Bella zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.
- Mama... ma duszę bardzo młodej osoby. A przy Philu czuje się chyba jeszcze młodziej. Jakkolwiek by było, szaleje na jego punkcie.- Pokręciła głową z dezaprobatą. Zastanowiło mnie to.
- Nie masz nic przeciwko temu?
- A czy to ważne? Chcę by była szczęśliwa.- Była taka bezinteresowna.- A to własnie jego najwyraźniej potrzeba jej do szczęścia.
- Bardzo ładnie z twojej strony. Ciekawe...
- Co?
- Czy zachowałaby się w podobny sposób gdyby chodziło o ciebie? Jak sądzisz? Zaaprobowałaby twój wybór?
Nie potrafiłem już utrzymać swobodnego tonu. To pytanie było głupie, jak mogłem w ogóle pomyśleć o sobie jako o kandydacie na jej wybranka? Z resztą czyja matka zgodziłaby się aby jej córka umawiała się z wampirem? Z potworem? Z resztą nie miałem szans zostać tym kimś wyjątkowym dla Belli, więc po co te złudzenia?
- Chyba tak, ale jest w końcu matką. Z rodzicami to trochę inna sprawa.
Ta odpowiedź nie była dla mnie w pełni satysfakcjonująca.
- No co- Poduszczałem ją.- nie przeraziłby jej absztyfikant z piekła rodem?
Bella wyszczerzyła się szeroko, rozbawiłem ją.
- Z piekła rodem, czyli co? Taki gość z tatuażami i masą kolczyków w twarzy?
- Definicje mogą być różne.
- A jaka jest twoja?
Oj, nie zgadłabyś Bello... w każdym razie nie było to pytanie, na które byłbym w stanie odpowiedzieć.
- Uważasz, że można by się mnie bać?- Uniosłem brew w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Hm... Myślę, że tak, gdybyś się postarał.- Mówiła poważnym tonem. Ja też stałem się już w zupełności poważny.
- A teraz się mnie boisz?
- Nie.- Odpowiedziała szybko, ale szczerze. Wiedziałem to. Ta nagła reakcja była nieodpowiednia z jej strony, wyglądało na to, że na prawdę chciała mi udowodnić, że się mnie nie boi. Czy to dobrze? Nie koniecznie. Jej zdolność odczuwania strachu była upośledzona. Uśmiechnąłem się, było mi teraz dużo łatwiej.
- To co, może teraz ty opowiesz mi o swojej rodzinie?- Zmieniła temat.- Z tego co wiem twoja historia bije moją na głowę.
Zdecydowanie "ciekawsza" to nie było dobre określenie. Czego mogła chcieć wiedzieć i na ile z jej pytań byłem w stanie odpowiedzieć?
- Co chciałabyś wiedzieć?
- Cullenowie cię adoptowali, tak?- Te pytanie nie było takie złe.
- Tak.
- Co stało się z twoimi rodzicami?- Zapytała cicho. Nadal nie było źle i nie musiałem wymigiwać się od odpowiedzi, a co ważniejsze nie musiałem jej okłamywać.
- Zmarli wiele lat temu.
- Przykro mi.- Umilkła. No tak, powinno mi być też przykro, ale znów mogłem powiedzieć jej prawdę.
- Nie pamiętam ich za dobrze. Od lat za rodziców mam Carlisle'a i Esme.
- I kochasz ich.- To nie było pytanie, a stwierdzenie. Mówiła zmartwionym tonem. Uśmiechnąłem się aby ją pocieszyć.
- Tak. To para ludzi najlepszych pod słońcem.
- Masz szczęście.
Jeśli chodziło o moją rodzinę to zdecydowanie nie mogłem temu zaprzeczyć.
- Wiem.
- A twoje rodzeństwo?
Ten temat już nie był tak łatwy. Jeśli nie miałem zamiaru kłamać nie mogłem pozwolić by dalej zadawała mi pytania. To przypomniało mi o czymś innym. Czas się skończył. Z nią upływał tak szybko, że czułem ogromny niedosyt.
- Moje rodzeństwo, a także Jasper i Rosalie, nie będą zachwyceni, jeśli każę im czekać w deszczu.
- Och, przepraszam. Już mnie nie ma.- Nie poruszyła się.
- I pewnie chcesz, żeby twoja furgonetka wróciła przed komendantem Swanem, żebyś nie musiała mu opowiadać o incydencie na biologii?- Dodałem z uśmiechem. Trafiłem w punkt.
- Pewnie już wie. W Forks nie da się mieć tajemnic.- Westchnęła.
Zaśmiałem się z tej ironii. Nie można w tej mieścinie zachować dla siebie jakiejś drobnostki aby całe miasto o tym zaraz nie gadało a moja rodzina ukrywa sekret na wagę złota.
- Miłej zabawy nad morzem. Oby pogoda bardziej sprzyjała opalaniu.- Spojrzałem na ścianę deszczu za oknem. Ucieszy się na sobotnią pogodę, miała się poprawić.
- Nie zobaczymy się jutro?- Powiedziała to zdanie z- jak mi się wydawało- nutą paniki. Bella chciała się ze mną zobaczyć. To było to coś na co warto było czekać.
- Nie. Robimy sobie z Emmettem długi weekend.
Wolałbym oczywiście spędzić ten czas z Bellą, ale na dobre zaniepokoiłoby to moją rodzinę.
- Jakie macie plany?- Zapytała ni to obojętnie ni to wesoło.
- Jedziemy na Kozie Skały, to na południe od Rainer.
- No to bawcie się dobrze.- Tym razem wyraźnie czułem niechęć i smutek.
Teraz miała opuścić mój samochód a ja miałem spuścić ją z oka na całe trzy dni. Zostawienie jej samej chociażby na kilka minut wydawało się dla mnie niemalże niemożliwe, a co dopiero kilka dni!
- Zrobisz coś dla mnie w ten weekend?- Spojrzałem na nią badawczo, ale czule. Skinęła głową.- Nie obrażaj się, ale sprawiasz wrażenie osoby, która przyciąga wypadki jak magnes, więc postaraj się i nie wpadnij do oceanu albo pod samochód czy coś tam, dobra?- Przepraszam, że nie będę mógł cię chronić przez ten czas... pomyślałem. Uśmiechnąłem się zawadiacko. Nie żartowałem, ale widocznie ją rozdrażniłem.
- Zobaczę, co da się zrobić.- Odpowiedziała wychodząc z auta.
Poczułem ogromny ból na myśl, że nie mogę się z nią pożegnać tak jakby mógł pożegnać się z nią Mike Newton. Trzasnęła drzwiczkami i posłała mi rozzłoszczone spojrzenie. Była przeurocza. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i odjechałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz