Ponieważ nie byłem poszkodowany w wypadku najzwyczajniej wróciłem na lekcje tak samo jak reszta uczniów, nie licząc Tylera i Belli. Tak właśnie miało być, ostatni raz miałem siedzieć na każdej lekcji i obsesyjnie myśleć o dziewczynie, którą był już dawno zostawić w spokoju. Jednak jak skoro na każdym kroku przytrafiają jej się przeróżne nieszczęścia? Począwszy od słabej przyczepności przez wypadek na parkingu a kończąc na mnie. Właśnie dlatego powinienem dać jej spokój, to ja jestem dla niej największym zagrożeniem, a chcę ją od nich bronić. Wszystko mówi za siebie. Muszę wyjechać. To jedyna moralna i odpowiedzialna rzecz, którą zrobię od kiedy się tu pojawiła.
Lekcje dłużyły się bardziej niż zawsze, zamiast tu siedzieć mógłbym chociaż sprawdzić czy jest już bezpiecznie w domu. Boże co ze mnie za natrętne stworzenie myślę jedno a robię drugie. Nie usiadłem dziś na stołówce z moim przyszywanym rodzeństwem. Przeczekałem go w aucie, podsłuchując obecnych wcześniej gapiów. Skąd wziął się tam ten cholerny Cullen. Wybawca! Gdybym stał tylko bliżej niej sam bym mógł ją odepchnąć na bok. Wcale go tam nie widziałem... Będzie terach bohaterem Belli- Głowił się Mike Newton, ale podobne spostrzeżenia mieli też inni. Jessica plotkowała o tym wydarzeniu z niejaką Lauren- dziewczyną jeszcze wredniejszą od niej samej.
- Widziałaś, żeby Edward gdzieś tam był?- Zapytała podekscytowanym, ale zjadliwym tonem.
- Szczerze mówiąc to nie, myślałam, że po takim huku nie będzie co po niej zbierać a tu proszę!- Odpowiedziała jej sarkastycznie.
Dziś Bella po raz kolejny stała się ofiarą szkolnych plotek, tego czego najbardziej się bała. Była większą sensacją niż sam Tyler mimo, że to on ucierpiał dużo bardziej.
Wróciwszy kolejno na biologię a następnie na hiszpański odbyłem tę samą rozmowę z panem Bannerem i panią Goff. Nic mi nie jest, nic nie wiem. Oboje tak samo zmieszani, moimi krótkimi odpowiedziami nie zadawali zbyt dużo pytań.
Dobrze się wytłumacz, chyba wiesz co cię będzie czekało wieczorem? - Pomyślał Emmet gdy tylko mnie zobaczył. Usiadłem obok niego.
- Domyślam się. Rosalie życzy mi bym zdechł, Alice jest coraz bardziej nieobecna a Jasper zdenerwowany, obwinia mnie za samopoczucie Alice.
- Dokładnie.- Skrzywił się.- Wiesz Edward, nie miałem zdania w tym całym zajściu, tzn. wiem, nie zabijesz jej, okej, twoja sprawa, ale to co dziś miało miejsce na parkin...
- Emmett. Będzie jeszcze na to czas. Teraz możesz dać mi spokój? Zrozumiecie, że musiałem tak postąpić.- Przerwałem mu zimnym tonem. Nie chciałem być oschły w stosunku do niego jednakże myśl, że miałbym ją zabić od tak lub pozwolić jej zginąć... Nie. To nie było możliwe. A w głowie już miałem idealne usprawiedliwienie swojego zachowania i będą musieli je zrozumieć czy chcą tego czy nie. Wyjedziemy. Będzie po sprawie.
- Edwardzie... Jasper ma na to inne spojrzenie niż reszta.- Zobaczywszy co ma na myśli wzdrygnąłem się i zacisnąłem obie pięści aż kłykcie pobladły mi bardziej niż to możliwe, szał mnie ogarnął. Ej, ej! Spokojnie, to tylko sugestia, no... myśli, że tak właśnie będziesz zmuszony postąpić, ale obaj wiemy, że tego nie zrobisz.
Emmett uważał przemyślenia Jaspera za słuszne, ale wiedziałem, że nie zrobiłby mi tego, nawet by nie wspomniał o tym, ale gdyby tylko spróbowali coś jej zrobić, nie mieliby szans mnie pokonać. Byłoby trzech na jednego, gdyż Alice w życiu nie stanęła by do walki przeciw mnie, ale nie mógłbym jej prosić o pomoc przeciw własnej rodzinie. Walczyć z rodziną to dla mnie nie do pomyślenia, ale teraz, kiedy pomyślę jaka jest delikatna i krucha... A ich trzech, niezniszczalnych, niesamowicie silnych potworów chciałoby zrobić jej krzywdę... wzdrygnąłem się na samą myśl. Zrobiłbym wszystko żeby ją uratować.
Po lekcji udaliśmy się do samochodu, z którego wydobywały się jedynie te głosy w ich głowach. Najgłośniejsze były Rosalie. Obelgi, które rzucała w moją stronę były jej jedną z najbardziej ludzkich rzeczy. Nie potrafiła się opanować, chociaż siedziała cicho jak zaklęta i jedynie patrzyła przez okno, w myślach przeklinała mnie w każdym języku. Najcichszy był natomiast Jasper, ale najbardziej zdeterminowany do swojego czynu. Emmett jak i Alice odczuwali niepokój, Emmett będzie musiał wybierać między mną a Rose, a Alice przeskakiwała między niejasnymi wizjami a zamartwianiem się o plany Jaspera. Widziałem w nich walkę między mną a nim w pojedynkę. Kilkukrotną walkę, ale to była decyzja Jaspera na dany moment, a ja nie pozwolę skrzywdzić Belli. Czy oznaczało to, że nikt inny nie pragnie jej śmierci? Czy miałem mieć szanse?
Całą drogę jechaliśmy w takim "milczeniu".
Zaparkowałem między swoim vanquishem a mercedesem Carlise'a. Więc konfrontacja miała nadejść od razu. Wszyscy skierowali się do jadalni, która przeznaczona była tylko na nasze rodzinne konferencje. Siadamy wtedy wszyscy wzdłuż podłużnego stołu z mahoniu, a i tym razem nic się nie zmieniło. Tym razem byliśmy dość podzieleni. Ja, Alice, Carlise i Esme usiedliśmy w jednym końcu natomiast Emmet, Rosalie i Jasper w drugim. Esme wpatrywała się we mnie miną, która wyrażała głęboki smutek, po drugiej stronie Rosalie patrzyła wyzywająco prosto w moją twarz. Chciała już wybuchnąć złością i agresją w moją stronę, więc przemówiłem nim zaczęła.
- Przepraszam, za to wydarzenie, które miało dziś miejsce. Wiem, że zawiniłem i biorę odpowiedzialność za moje czyny. Wyjadę i...
- Edwardzie jeśli wyjedziesz to skąd dowiemy się czy coś wygadała?- Tym razem to Emmett przerwał mi.
- Nie powie, można jej zaufać.
- Można jej zaufać! A niby skąd to wiesz?! Nie czytasz jej w myślach, nie znasz tej dziewczyny! Jak możesz być pewien, że nie wygada chociażby z czystej sensacji Edward Cullen biega z prędkością światła i podnosi samochody jakby to były zabawki!- Rosalie nie wytrzymała.
- Ona nie jest taka, nie rozumiesz tego? Nie szuka żadnych sensacji.
- Jeśli masz zamiar wyjechać to jedziemy wszyscy, nie zostawiaj nas znowu Edwardzie.- Esme zacisnęła mi dłoń na ramieniu. Tego obawiała się najbardziej. Nie mogłem jej jednak pocieszyć i obiecać, że to nie nastąpi, jeśli tak będzie najlepiej to to właśnie zrobię.
- Nie pozwolę na to aby zagrażała naszej rodzinie! Ona...
- ONA nie zagraża!
- Czyżby?! Rozsieje plotki, wszystko widziała! Jeśli TY tego nie zrobisz to ja to zrobię, potrafię nie zostawić po sobie śladów, a przecież mogła dostać powikłań przy tak silnym uderzeniu.
- O tak, Rosalie. Wiemy jak bardzo bezwzględna jesteś i jak świetnie zabijasz a teraz zastanówmy się nad możliwym rozwiązaniem.- Odpowiedziałem kpiąco z zaciśniętymi zębami.
- Carlise, wiesz dobrze, że mam rację.- Wstała, gniew rozpierał ją od środka, tak samo jak mnie.
- Masz rację Rosalie, ale to nie jest dobry sposób. To nie jest żaden sposób, Bella nie zawiniła, nikt nie jest winny, więc nikt nie powinien zginąć.- Rosalie ogarnęła wściekłość większa niż przed chwilą, poczuła, że zostaje w tej sama... nie licząc Jaspera.
- Rose, kochanie- Zaczął Emmett, ale ona spojrzała na niego rozwścieczonym wzrokiem, więc chłopak zrezygnował na razie z tego co miał zamiar powiedzieć. Ja natomiast wsłuchałem się w myśli Jaspera, wiedziałem, że w życiu, w którym uczestniczył przed zamieszkaniem z nami, każdy nieodpowiedzialny błąd prowadził do jednego.
- Japerze, dziewczyna nic nie powie.- Powtórzyłem.
- Nie możemy pozwolić sobie na błedy, bieg wydarzeń był inny, ona miała dzisiaj umrzeć a ja dokończę to co było jej przeznaczone.
- Nie pozwolę, aby dziewczyna zginęła.
Jasper uniusł brwi i rozchylił nieznacznie usta w niekrytym zdziwieniu.
- Japerze- Alice odezwała się łagodnym tonem.- Nie zabijesz Belli.
- Alice! Ta dziewczyna...
- Ta dziewczyna jest dla mnie ważna.- Odpowiedziała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. Przykuła moją uwagę, oderwałem się od myśli Jaspera i zamrugałem oczami zdumiony.
- Alice co Ty...
- Bella jest dla mnie ważna, to znaczy będzie ważna, ale teraz jest ważna dla Edwarda i nie wolno ci zrobić jej krzywdy.- Wizja Alice była dla mnie całkowicie nie zrozumiała, byłem zbyt zszokowany kiedy w jej głowie ujrzałem Bellę, nieśmiało odgarniającą włosy z rumieńcem na twarzy a obok Alice z szerokim uśmiechem. Co to niby miało znaczyć? Alice porozmawia z Bellą? To się nie trzyma kupy, po co Alice miałaby z nią rozmawiać, teraz musimy podjąć...
- Zachował się jak totalny kretyn bo mu się w nozdrzach poprzewracało!- Rosalie wtrąciła w słowa Japera, którym się nawet nie przysłuchiwałem zbyt zszokowany tym co zobaczyłem jednak jej słowa do mnie dotarły. Uderzyła w czuły punkt. Teraz to ja nie wytrzymałem. Krzesło huknęło o marmurową podłogę.Wstałem z impetem, ale Emmett i Jasper natychmiast mnie złapali. Wiedzieli jak słowa Rosalie mnie uderzyły. To był czysty policzek.
- URATOWAŁEM JEJ ŻYCIE BO...
- Ponieważ Edward ją kocha. Dlatego dziewczyna nie zginie Jass.- Alice przerwała stanowczo. Nie zwróciłem uwagi na jej słowa, gdyż zobaczyłem pełną jej wizję, którą ukrywała przede mną cały czas, która była tak blada i niejasna.
- Nie! Alice, do jasnej cholery! To nie może być prawda!
- Edwardzie nie zmienisz tego, sama nie wierzyłam własnej wizji, ale ona każdego dnia jest bardziej wyraźna... jedno, albo drugie tak samo widoczne.- Patrzyłem na nią z przerażeniem, ugiąłem się pod własnym ciężarem.
- To nie możliwe.- odpowiedziałem ledwie słyszalnym tonem.
- Ej co jest?- Emmett domagał się wyjaśnień
- Niemożliwe...- Nie zwróciłem na niego uwagi, wpatrywałem się dalej w Alice.- Wyjadę, to nie jest prawda, Alice nie będzie tak, rozumiesz to? Twoja wizja jest mylna!
- Edwardzie nie wyjedziesz. Przecież to wiesz, widzisz to tak dobrze jak ja. - Jesli Jass ją zaatakuje...
- Nie zrobi ci tego-
- No halo?- Wtrącił Em.
- Kocham ją tak samo jak Ty, a więc i tak jest na to skazana, nie widzisz tego?
- Ty ją...- Wydyszałem. Oczy zapiekły,a oddech stał się płytszy niż wcześniej.
- Edwardzie, nie bądź ślepy, przecież sam dobrze wiesz jak jest, nie unikniesz tego. Wiedziałeś to od początku, to wszystko nie miałoby teraz miejsca, gdybyś nie czuł tego co czujesz.
- CZY KTOŚ MI POWIE O CO TU CHODZI!?- Teraz stał również Emmett, nie cierpiał, gdy tak rozmawiałem z Alice.
- Och, Em- Rosalie prychnęła- Zakochał się w niej i nie jest w stanie bez niej żyć, bla, bla, bla..
- Edward się zakochał?- Oczy Esme się rozświetliły- W tej dziewczynie?
- Tak, w tej którą dziś uratował.- Odpowiedziała Alice na jej pytanie.
- Nie obchodzi mnie co zobaczyłaś. Ani jedno, ani drugie nie będzie miało miejsca. Nie pozwolę na to...
- Zostajemy. A dziewczyna zostanie nietknięta.- Zadecydował Carlise.
- Ale...
- Tak, Edwardzie. Musisz wiedzieć, czy nikt o nas nie wie w dodatku... to dla twojego dobra, oczywiście, zobaczymy na razie. Jeśli okaże się, że nie dasz rady tu żyć wyjedziemy wszyscy, ale na razie musimy obserwować co będzie się działo dalej, nie mamy innego wyjścia.
- To się tak nie skończy!- Warknąłem w rozpaczy. Zostawiłem ich tam samych, rozpędziłem się najszybciej jak potrafiłem, szybciej niż na Alasce, niż kiedykolwiek. Wizja Alice, patrząca na dziewczynę w radosnym uśmiechu, a Bella zmieszana, ale... nie zaskoczona, nie przerażona. Czy tak to miało wyglądać? Czy miała stać się naszą koleżanką? Czy... tym co zobaczyła później? Białą istotą o szkarłatnych... Dalej czy to na pewno była Bella? Czy może ja, ociekający jej krwią, patrzący na nią jak...Nie! Wyplewiłem z siebie te myśl, szybciej niż poprzednią. Żadna z nich nie jest możliwa. Nie pozwolę na to... nie może być to prawdą.
Nie wiem co w tym momencie mną kierowało....
Gdy się zatrzymałem zdałem sobie sprawę gdzie jestem. A dokładnie, dokąd cały ten czas zmierzałem. Księżyc świecił jasno między drzewami wprost w okna niewielkiego domu. Właściwie to co ja tu robię? Zniżam się do poziomu chłopców z liceum, którzy chętnie by podglądali takie dziewczyny jak ona, ale ja nie przyszedłem jej podglądać. Przemierzyłem podwórze przyglądając się dokładnie wszystkim szczegółom. Na podjeździe stała wyblakła furgonetka, lekko zarysowana po dzisiejszym wypadku natomiast za nią radiowóz Charliego. Okno na piętrze było nieznacznie uchylone... Tylko sprawdzę czy jest bezpieczna, czy na pewno nic jej nie jest. Może nie może zasnąć... I co bym miał zamiar w takim wypadku zrobić? Nic, ale musiałem to sprawdzić.
Czy na pewno tylko to mną kierowało? Jej ojciec spał od dobrej godziny, jego sny były jeszcze mniej wyraźne niż myśli za dnia. Wspiąwszy się na pobliskie drzewo zerknąłem do środka niewielkiego pokoiku. Spała. Biurko z starym komputerem, raczej rzadko używanym, stosik książek, sporych rozmiarów komoda i szafka nocna. Na środku stało duże jednoosobowe łóżko, a Bella wydawała się drobniejsza niż była. Przeskoczyłem bliżej, żeby dobrze jej się przyjrzeć, chociaż pomału przestałem ufać własnym zamiarom. Dawno powinienem wrócić do domu, już wiem, że nic jej nie grozi, czego chcę więcej? Ale zrobiłem to. Zachowałem się jak beznadziejny nastolatek. Okno zaskrzypiało, nie na tyle głośno by ją obudzić, ale na tyle głośno bym zamarł. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Co? Nie. Nie trzeba nic z tym robić. To jeden jedyny raz, gdy to robię. Wślizgnąłem się do środka i przycupnąłem na parapecie. Tylko na moment. Chciałem ujrzeć chociaż coś, co pozwoli mi stwierdzić w malutkim stopniu, jaka jest, co lubi. Większość rozrzuconych płyt CD nie miała okładek, bądź były składankami bez podpisów. Mokre traperki, tworzyły małą kałużę roztopionego śniegu, w której maczała się nogawka spodni, które Bella miała dziś na sobie. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wyjąć jej z wody, możliwe, że miała zamiar je jutro założyć, czekałaby ją niemiła niespodzianka gdyby okazało się, że są mokre. Czułem, jak głupia była to wymówka, aby tylko przedłużyć chwilę przebywania z nią. Ostrożnie, bez szelestu złożyłem jej spodnie na oparciu miniaturowego bujanego fotela w koncie pokoiku. Bella spała bardzo niespokojnie.
-Nic mi nie...- Wymamrotała i rzuciła na drugi bok, odkopując całkowicie kołdrę. Miała na sobie rozciągnięty szary dres i za dużą koszulkę. Uniosła i opuściła lewą rękę. Z trudem powstrzymałem się aby nie wybuchnąć śmiechem. A, więc mówiła przez sen. Pokusa była zbyt wielka, przerosło mnie. Przysiadłem na owym fotelu i przyglądałem się jej mimice twarzy. Zdarzało jej się sciągnąć brwi bądź zmarszczyć czoło przed sen. Mamrotała również kilka nic nie znaczących- teoretycznie- słów typu "mamo" czy "pada". W pewnej chwili strzepnęła z łóżka książkę hałasując niemiłosiernie, ale spała twardo. Ponieważ książka ta spadła stosunkowo blisko jej łóżka, nie mogłem podejść i sprawdzić co czyta, chociaż korciło mnie bardzo, jednakże nie mogłem aż tak ryzykować. Czy byłem w stanie nie zrobić jej krzywdy? Nie sądzę. Nie polowałem, a jej krew pulsowała tak mocno. Przewróciła się na plecy. Jej twarz okalały piękne, gęste ciemne włosy, a twarz była tak idealnie gładka, prawie jak nasza. Wargi miała lekko rozchylone. Oddychała płytko, ale spokojnie. Wyobraziłem sobie jakbym mógł siedzieć teraz na brzegu jej łóżka a wierzchem dłoni głaskać jej blady policzek.
- Edwardzie- Zamarłem. Oczy miała nadal zamknięte a ciemne rzęsy rzucały cień na policzkach. Spała. Byłem pewien, że spała dalej, gdyby się przebudziła usiadła by przerażona na łóżku, może i by zaczęła krzyczeć, ale jej reakcje były często.. Zazwyczaj nie do przewidzenia.- Edwardzie, proszę..- odwróciła się. Jej sen był o mnie... Bella śniła o mnie. Co mogłem robić w śnie tej dziewczyny? No tak. Uratowałem jej dziś życie po czym zachowałem się jak bezduszny dupek.- Nie odchodź.- Fala uczuć, która mnie ogarnęła była nie do opisania. Śniła o mnie, śniła bym został. chciała mnie obok siebie? A może tylko przyśnił jej się dzisiejszy rozwój wydarzeń i chciała wyjaśnień, ale czy to ważne? Miałem zostać chociaż na moment, chciała czegoś ode mnie, a może... może mojej obecności? Nie chciałem tak daleko zachodzić marzeniami, wystarczy jak na jedną noc. Czyżby? Do wschodu nie zostało dużo czasu, a nie wiadomo, o której się obudzi. Nie mogę uwierzyć ile czasu zajęło mi przyglądanie się tej istotce, jak śpiąca.., dziewczynka mogła być dla mnie tak ciekawa. Rzuciłem jej ostatnie spojrzenie już zza okna, które zasunąłem na poprzednią wysokość. Nie mogłem oderwać od niej oczu, ale kiedy znów niebezpiecznie drgnęła, zdałem sobie sprawę, że jest przy końcu swojego snu, to czas na pobudkę. Powrót do domu był tym razem inny. Czułem pewnego rodzaju radość, ale i jeszcze większą nienawiść. Tym razem wiedziałem co muszę zrobić.
Nie wyjechać.
Dać jej spokój na zawsze, a jednocześnie mieć na nią oko, gdyby miało coś jej się stać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz