wtorek, 31 maja 2016

Rozdział 3: Zagrożeni

Pomyślałem o polowaniu. Byłem napełniony co najmniej na 3 tygodnie, ale nie mam zamiaru ryzykować. Dzisiejszego dnia mi się udało, ale co będzie jutro? Pojutrze? Nie wolno mi tak ryzykować. Jeśli nie nazwać ryzykiem samo to, że wróciłem.
- Edwardzie znowu?- Zapytała Alice. Stała tuż za mną.
- Muszę być ostrożny.
- Wiesz, że kolejna puma nie załatwi problemu. Ja...- tu zawahała się. W jej umyśle przebiegł mi obraz Belli. Alice znała mnie na tyle dobrze i długo, że nauczyła się w jakiejś części kontrolować swoje wizje przede mną. Ta, którą miała obecnie dotyczyła właśnie Belli. Była bardzo niewyraźna. Alice umie przewidzieć przyszłość, gdy ktoś podejmie w jakiejś sprawie decyzję. Ta wizja wyglądała na taką jakby decyzja zapadła, ale nie do końca. Była wariantem, bądź podświadomością. Nie wiedziałem czego miała dotyczyć, przez inne wyraźne, głośne myśli siostry, które miały za zadanie ukryć konkretnie tą wizję. W każdym razie Bella miała żyć. Przynajmniej na razie, ale nie zmienia to faktu, że jeśli popełnię jakiś błąd wizja się zmieni, a wtedy będzie za późno.- Widzę ją, Edwardzie. Żyje i ma się dobrze. Nie chcesz jej zabić i nie zrobisz tego.
- Alice... nie wiesz tego. Teraz tak widzisz, ale kiedy...- Nie chciałem powiedzieć tego co obecnie pomyślałem- Kiedy przypadkowo poruszy się zbyt gwałtownie a jej zapach we mnie uderzy? Nie zapanuję nad sobą a Ty to zobaczysz na sekundę przed tragedią.
- Iść z tobą?
- Nie dziś. Chciałbym wszystko przemyśleć dokładnie.
Zrozumiała. Zostawiła mnie samego. Odwróciłem się w stronę zachodzącego słońca. . Och, Bello, dlaczego akurat ty znalazłaś się akurat tu? Tu gdzie ja. Czy gdyby wiedziała jakie jej grozi niebezpieczeństwo uciekłaby? Oczywiście, że tak. Chociaż... jest taka nieprzewidywalna. Jest taka inna od wszystkich. Jednym susem wskoczyłem na najbliższe drzewo, kilka minut później wypatrzyłem dorodne, duże zwierzę. Nawet nie ubrudziłem jasnej koszuli, kiedy bydle leżało już martwe. Czy tak właśnie miała skończyć Bella? Jak jakieś zwierzę?
Nie chciałem tego. Moje odczucie obowiązku w stosunku do niej w takich momentach było na równi z pragnieniem. Co mną kierowało tak na prawdę? Fakt, że nie mogę zniszczyć tego co przez wiele lat praktykowałem czy nie chciałem po prostu by zginęła? Jasne, że nie chciałem. Po prostu była słabsza i drobniejsza od innych i czułem w stosunku do niej, więcej empatii niż do innych ze względu na fałszywą koleżankę i pożądanie jej innych chłopców, z czego sama nie zdawała sobie sprawy. To wszystko. Była w dodatku osobą bardzo interesującą i tajemniczą, co jeszcze bardziej mnie powstrzymywało.

Kiedy wróciłem do domu zdążyłem się przebrać w cieplejsze ubrania. Nie były mi one oczywiście potrzebne, ale temperatura na dworze zmalała a śnieg obsypał cienką warstewką zamarzniętą trawę. Jako zwykły człowiek powinienem mieć na sobie zimową kurtkę i buty. Wsiadłem do auta, gdzie reszta rodzeństwa zdążyła się już usadowić.
- Chłopie co się z tobą dzieje, to tylko jedna dziewczyna, nic się nie stanie w razie...
- Emmett.- Spojrzałem chłodno na brata. Zrozumiał natychmiast.
- Przepraszam.- odburknął.
Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu. Tzn ja spędziłem w milczeniu. Dojechaliśmy jak zwykle wcześniej niż inni. Temperatura zdążyła zmrozić wczorajszy deszcz, a śnieg wciąż nie przestawał padać. Obserwowałem zmagania innych uczniów z warunkami na drodze, w tym również Belli. Wysiadła z samochodu podtrzymując się wozu, co mnie rozbawiło. Sunęła stopami po oblodzonej powierzchni, a ja wydałem z siebie cichy chichot. Przechyliwszy głowę na bok zauważyłem jak podeszła do tylnych opon. Miała owinięte je w siatkę dzięki, której jej fura miała lepszą przyczepność do podłoża. Wydawała się być lekko zaskoczona, uśmiechnęła się sama do siebie. Najwyraźniej nie wiedziała o tym wcześniej, komendant Swan troszczył się o swoją córkę. Zawsze był z niego dobry, poczciwy człowiek. Wiedziałem dobrze, jak dobre zdanie ma o naszej rodzinie, choć jego myśli słyszałem bardzo rzadko. Były ciche i skryte. Bella nadal kurczowo trzymała się tyłu wozu a ja zastanawiałem się czy nie zaproponować jej pomocy w dojściu do szkoły. Oczywiście nie zrobię tego, to zbyt duże ryzyko, ale miło było wyobrazić sobie jak podtrzymuję jej łokieć podczas jej starań złapania równowagi. Moje rozmyślania przerwał przeraźliwy pisk.
- NIE, EDWARDZIE!- Alice próbowała złapać mnie za ramię, jednakże nie zdążyła. Przed oczami miałem jeden obraz. Wizja Alice, w której Taylor Crowley, próbuje zahamować swoim vanem, który z powodu dużej prędkości wpadł w poślizg i bezwładnie sunie wprost na wyblakłą czerwoną furgonetkę. Na przeszkodzie stała jedna osoba. Isabella Swan podniosła wzrok i spojrzała mi prosto w oczy, następnie odwracając głowę w stronę minivana.
Tylko nie ona. Nie zwróciłem uwagi na resztę wizji przybranej siostry, puściłem się pędem wprost przed siebie. Parking pokonałem w mniej niż 3 sekundy. Zapominając o delikatności śmiertelnika złapałem dziewczynę w tali. Usłyszałem zgrzyt wana uderzającego w tył furgonetki, jednak zesztywniałem z innego powodu, głowa dziewczyny wydawała głuchy dźwięk uderzając o lód. Jednak nie miałem czasu by zająć się ofiarą, van odbijając się od auta powrócił jak bumerang wprost na nogi Belli. Wypowiedziałem niecenzuralne słowo, którego nie powinienem był mówić przy osobniku płci pięknej. Przyciskając dziewczynę do asfaltu, wyciągnąłem dłoń, która wygięła drzwiczki samochodu do środka. Och, co ja do cholery wyprawiam, kiedy tylko puszczę samochód, rozgniecie jej nogi. Pociągnąłem dziewczynę jak najbliżej siebie, nie stawiała oporu, możliwe, że zemdlała od uderzenia. Jej nogi zatrzymały się o opony furgonetki. Raptownie puściłem vana, tak aby nie przewrócił się na bok, pamiętając, że w środku znajduje się Tayler. Szyba jego auta zatrzeszczała i rozprysnęła się w miejscu, w którym przed chwilą trzymałem Bellę. Jeszcze nigdy nie znajdowała się tak blisko mnie, trzymałem ją w silnym uścisku, na nowo przypominając sobie o jej kruchości. Zwolniłem lekko ramię, ale nie na tyle by była w stanie się wyswobodzić. Czy widziała jak van odbija się od moich rąk? Bądź czy ktoś widział, mój zryw i zmaterializowanie się koło niej? Chociaż powinno to nie to było dla mnie teraz najważniejsze. Czy dziewczynie nic nie jest? Czy straciła przytomność i czy... krwawi? Przerażeni uczniowie zaczęli zerwali się z miejsc, wołając imiona Belli i Tylera, ktoś inny rozkazał zadzwonić na pogotowie, natomiast ja nachyliłem się nad nią wciąż wstrzymując oddech.
- Bello? Nic ci nie jest?- zapytałem pełen zdenerwowania.
- Nie.- Odparła zachrypniętym głosem. Z ulgą stwierdziłem, że rzeczywiście poza uderzeniem w głowę nic jej się nie stało. Moje serce- gdyby biło- uspokoiłby się momentalnie. Spróbowała usiąść, ale nie pozwoliłem jej na to. Powinna być teraz w moich objęciach dopóki nie stwierdzę, że na pewno jest bezpieczna. Nie chciałem by tak szybko się ode mnie uwolniła, obecnie większe zagrożenie czeka ją jak tylko wstanie.
- Uważaj, sądzę, że uderzyłaś się w głowę na prawdę mocno.- Ostrzegłem. Ściągnęła brwi i przechyliła się nieznacznie.
- Au!- Syknęła zaskoczona. Na prawdę nie zauważyła nawet kiedy jej głowa trzasnęła o ziemię. Jej zaskoczenie mnie rozbawiło na tyle, że cicho zachichotałem.
- A nie mówiłem?- Starałem się nie roześmiać, ale z drugiej strony nie wiedziałem czy rzeczywiście nie stało jej się nic poważniejszego od zwykłego guza na głowie. Mogła doznać wstrząśnienia mózgu lub innych wewnętrznych obrażeń. Carlise powinien ją natychmiast obadać, ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak mocno się uderzyła. Zacisnąłem silniej ramię, jakbym chciał ochronić ją jeszcze bardziej.
- Jak u licha...- wyrwała mnie z zamyśleń- Jakim cudem udało Ci się podbiec tak szybko?- Automatycznie uśmiech zniknął mi z twarzy a mięśnie napięły. Zacisnąłem szczęki.
- Stałem tuż obok, Bello- Zauważyła. Wszystko widziała. Ogarnął mnie nagły niepokój. Jej już nic nie groziło a moja rodzina? Spróbowała usiąść po raz drugi. Czy bała się mnie? Tym razem jej nie zatrzymałem. Odsunąłem się tak, aby miała jak najwięcej miejsca dla siebie, a jednocześnie by nabrać trochę powietrza w płuca. Spojrzałem na nią pełen zatroskania, żałowałem, że nie mogę jej teraz wziąć i zanieść do Carlise'a na prześwietlenie.
- Tylko się nie ruszajcie- Ktoś zakomenderował. Bella rozejrzała się gwałtownie, aż wciągnąłem powietrze i wstrzyłaem oddech, jednocześnie zaciskając ponownie szczękę.
- Siedź spokojnie.- Przecież mogła uszkodzić sobie kręgi szyjne, nie powinna tak gwałtownie się poruszać, Carlise musi ją jak najszybciej obejrzeć.
- Zimno mi.- Pożaliła się, a jej plecy przeszedł dreszcz. Nie mogłem uwierzyć, iż mimo takiego położenia najbardziej co jej przeszkadza to zimno. Nie ważne, że przed chwilą cudem uniknęła śmierci! Spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Tam stałeś.- Skamieniałem.
- Wcale nie.- Odpowiedziałem z większą agresją niż zamierzałem. Nie podobało mi się to ile zauważyła.
- Sama widziałam.- Dookoła nas panował chaos.
- Bello, stałem obok ciebie i w porę popchnąłem.- Kiepska wymówka, ale nie było czasu na zastanowienie się. Starałem się przybrać jak najmilszy wyraz twarzy, ale szczęki nadal nie chciały zluzować.
- Nieprawda.- Teraz to ona zacisnęła zęby. Nie miałem innego wyjścia. Położyłem jej delikatnie rękę na ramieniu i spojrzałem głęboko w oczy.
- Proszę, Bello.- Zadziałało.
- Dlaczego miałabym to robić?- Miała rozedrgany głos.
- Zaufaj mi.- Naprawdę zależało mi na tym by mi teraz uwierzyła. Gdyby na chwilę przestała o tym myśleć a po wszystkim wymyśliłbym jakąś historyjkę, że za mocno uderzyła głową i zaczyna jej się mieszać.
- Obiecujesz, że wszystko mi później wyjaśnić?
- Obiecuję. - Odparłem rozdrażniony. Wiedziałem, że niczego nie będę mógł jej wyjaśnić i bolał mnie fakt, że będę musiał ją okłamać, a na prawdę tego nie chciałem. Gdyby wiedziała, byłoby dużo łatwiej... nie. Nie byłoby łatwiej, ona nie może się niczego dowiedzieć. Naszych uszu dobiegł dźwięk syren.
- Dobra.

Ośmiu dorosłych mężczyzn- sześciu sanitariuszy i dwóch nauczycieli zdołali odsunąć vana i dobiec do nas z noszami. Bella była wścieła za to, że powiedziałem ratownikom o jej upadku podczas gdy sam czułem się świetnie. Nienawidziła być w centrum uwagi a teraz zdecydowanie była. Założono jej kołnierz ortopedyczny a ona zrobiła się czerwona jak burak.
W tym czasie ja przeczesywałem umysły innych, jednak na moje szczęście nikt nie zwrócił uwagi na to jak szybko znalazłem się przy Belli. Oczywiście inni byli zaskoczeni gdy okazało się, że jesteśmy tam razem, ale nie mieli powodu sądzić, że znajdowałem się gdziekolwiek indziej.
Moje rodzeństwo znienawidziło mnie w tym momencie. Miałem tu głównie na myśli Rosalie,ale ani Emmet, ani Jasper nie byli zadowoleni z całego zajścia. Ojciec Belli był już na miejscu, jego przepełnione żalem i poczuciem winy myśli zadawały mi ból jeszcze bardziej. . Kiedy tylko komendant Swan znalazł się przy Belli i odwrócił jej uwagę, wyprostowałem wgniecenie w drzwiach vana, natomiast Emmett zauważywszy moje marne starania załagodzenia dowodów, przeparkował samochód kilka samochodów bliżej.

Słyszałem w myślach sanitariuszy, że Belli prawdopodobnie nic się nie stało, ewentualnie mogłaby doznać szoku, oszołomienia, ale jej stan był stabilny. Kiedy dotarło do mnie, że na pewno nic jej nie grozi odetchnąłem z ulgą, ale nadal chciałem by Carlise zrobił jej wstępne badania jak najszybciej.
Po dotarciu do szpitala zauważyłem następne nosze, na których leżał obandażowany Tayler Crowley. Wniesiono go na salę i położono obok Belli. Co się dzieje Edwardzie? Carlise usłyszał moje kroki. Sam ruszył w moją stronę. Na korytarzu nie było żywej duszy, ale przeszliśmy do jego gabinetu.
- Carlise ja musiałem to zrobić, nie było wyjścia. Alice to zobaczyła, a ja nie mogłem przecież pozwolić aby stała jej się krzywda.
- Co? Jaka krzywda, komu?- Belli? 
- Alice zobaczyła jak van wpada w poślizg a ona tam stała... przebiegłem natychmiast parking, to był impuls, jak mógłbym pozwolić jej zginąć.
- I ktoś to zauważył?
- Oprócz niej to nikt. Wiedziała, że stałem za daleko by dobiec, a potem jeszcze zatrzymałem tego vana i... zamaskowałem dowody, ale ona się nie podda?- Nie podda? - Nie. Potwierdzi moją wersję wydarzeń, ale mam jej wszystko wyjaśnić.
- Edwardzie, nic się nie stało, postąpiłeś słusznie. Możemy opuścić Forks, nawet jeśli coś powie to nikt jej nie uwierzy, a ona sama nam nie jest groźna. Kto uwierzy nastolatce, że chłopak z szkoły to bajkowa postać?- Nie podobało mi się takie określenie, ani siebie ani Belli.
- Ona jest inteligentna, nie jest jak inni.- Odparłem dość szorstko. Carlise uśmiechnął się do mnie. Jest wyjątkowa, tak? - Uważam, że powinieneś ją przebadać, zrobisz to dla mnie?
- Oczywiście synu, porozmawiamy o tym wszystkim na spokojnie w domu.

Wyszedłem przed drzwi szpitala przysłuchując się personelowi. Belli się nie nudziło, Tayler przepraszał ją co drugie zdanie. Jego myśli były natarczywe, głośniejsze niż innych. To nim zajęli się lekarze. Miał zdecydowanie poważniejsze obrażenia od dziewczyny z diagnozy lekarzy, ale to mnie nie uspokoiło. Sam Carlise nie pokazywał się jeszcze, musiał być ostrożny.
Patrząc oczami Taylera dostrzegłem w twarzy Belli niekryte zniecierpliwienie. Nie uśmiechało jej się tłumaczyć po raz kolejny, że nic jej nie jest.
- Jak ci się udało uciec? Stałaś koło auta i nagle już cię nie było.- Zamarłem gdy usłyszałem pytanie chłopaka. Czy teraz wszystko się wyda?
- Ee- zawahała się- Edward skoczył i pociągnął mnie ze sobą.- Odetchnąłem i pokręciłem głową z uśmiechem i ulgą.
- Kto taki?
- Edward Cullen. Wiesz stał tuż obok.- dziewczyna nie potrafi kłamać, ale cóż. Najważniejsze, że nie powiedziała tego co widziała. Tayler nie szczególnie skupił się na dalszej rozmowie, stwierdził natomiast w myślach, że Bella wygląda całkiem atrakcyjnie i zdziwił się sam sobie, ze wcześniej do niej nie zagadał. Powinienem był zaprosić ją na randkę. Prychnąłem. Wystarczająco długo mnie nie było. Nie będzie gadała. Wiedziałem to. I zanim się zorientowałem ruszyłem w stronę pokoju. Wszedłem do sali, Bella leżała z stoickim spokojem i zamkniętymi oczami. Stanąłem w nogach jej łóżka i przyglądałem z uśmiechem. Była taka blada i opanowana. Jej twarzy nie wykrzywiał, żaden grymas.
- Czy ona śpi?- Natychmiast otworzyła oczy i spojrzała na mnie obrażonym tonem. Była przy tym taka zabawna, że z trudem powstrzymywałem uśmiech.
- Cześć Edward, naprawdę tak mi...- uniosłem rękę aby go uciszyć. Posłuchał. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać po raz kolejny jak przeprasza, za całe zamieszanie. Nie on mnie interesował.
- Nie ma krwi, nie ma żalu.- Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, jakby chcąc przekazać co mam na myśli. Usiadłem na skraju łóżka Tayera, nie ryzykując na tyle by zrobić to na łóżku Belli. Patrzyłem na nią pełen cierpliwości, była na mnie naprawdę zła. Było mi z jednej strony przykro, ale jej upór i zawziętość były całkiem uroczę. Uśmiechałem się nonszalancko.
- No i jaka diagnoza?
- Nic mi nie jest, ale muszę tu siedzieć.- Założyła ręce na piersi jak mała dziewczynka.- Jak udało ci się uniknąć noszy, co?
- Mam znajomości, nic się nie martw. Zaraz wyjdziesz.- Puściłem do niej perskie oko. Wszystko w porządku, wyniki są dobre, brawo Edwardzie. Doktor Cullen wszedł do pomieszczenia i spojrzał na mnie znacząco.
- A zatem, panno Swan, jak się czujemy?
- Dobrze.- Odpowiedziała na prawdę zniecierpliwionym tonem.
- Wygląda ładnie, głowa Cię nie boli? Edward mówił, że się na prawdę mocno uderzyłaś.
- Nic mi nie jest.- Odparła zrezygnowana, widać było, że na prawdę dość powtarzania tego po raz setny. Carlise obadał jej czaszkę, dotykając palcami punktów na głowie. Dziewczyna drgnęła gdy jego palce natrafiły na guza, a ja zadrżałem niespokojnie. Jakim cudem udawało mu się zachować tak delikatnie, to nie było fair, ja nie mogłem dotknąć jej z obawy przed zrobieniem jej krzywdy.
Krew Taylera nie robiła na mnie żadnego wrażenia przy krwi Belli, a przecież to nie ona krwawiła z różnych drobnych punkcików na twarzy. To było zupełnie co innego.
- Boli?
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.- Skromna jak zawsze. Założę, się że ból jest dużo większy niż okazała, ale przecież ona taka była. Nie chciała aby skupiano się właśnie na niej. Tak krucha a tak dzielna dziewczynka.

- No cóż – powiedział Carlisle.- Twój ojciec czeka na zewnątrz - może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.
Przebiegłem po myślach ludzi znajdujących się dookoła. Rzeczywiście, zniecierpliwiony komendant czekał na swoją córkę na korytarzu. Ciche myśli miała na pewno po nim. W jakimś stopniu. On sam nie rzucał się w oczy, a co dopiero Bella, której w ogólnie nie mogę usłyszeć.
- Nie mogę wrócić na lekcje?
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić – zasugerował Carlisle. Spojrzała na mnie rozpaczliwie
- Czy on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy – powiedziałem.
- W rzeczy samej, większość uczniów czeka na zewnątrz.
Bella patrzyła na mnie takim wzrokiem jak gdybym co najmniej zdradził jej największy sekret, mimo, że to ona niechybnie stała się powierniczką mojego sekretu. Po części.
- O nie- jęknęła z żalem. Zakryła twarz dłońmi. Tym razem jej reakcja mnie nie zaskoczyła.
- Chcesz zostać? – zapytał Carlisle.
- Nie, nie! – odparła tak szybko, automatycznie podnosząc się z łóżka. Zatoczyła się, wstała zbyt szybko i zakręciło jej się w głowie. Upadła wprost w ramiona Carlisle’a. Złapał ją i pomógł stanąć prosto. Szkoda, że we mnie się tak nie zatoczyła, mógłbym ją złapać i przytrzymać chwilę przy sobie. Zakuło w brzuchu. Nie wiem tylko czy nie zrobiłbym jej przy tym większej krzywdy.
.- Nic mi nie jest – Odparła zawstydzona.
- Weź tylenol, jakby mocno bolało . Nie jest tak źle. - Carlisle uśmiechnął się do niej przyjaźnie i wypisał receptę.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście.
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok.- Odparła wyraźnie zmienionym tonem. Chłodnym. Przy czym spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Ach. No tak.- Przytaknął.

Wyszliśmy na korytarz, gdzie Bella od razu skorzystała z okazji.
- Możemy pogadać? - szepnęła. Wypuściłem powietrze z płuc.
.- Ojciec na ciebie czeka- Bądź ostrożny, Edwardzie. 
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko - kontynuowała łamiącym się głosem.

Owszem miałem coś przeciwko, nawet wiele rzeczy. Żałowałem, że nie mogę wymazać tego co było z jej pamięci.
Szedłem nader szybko a ona truchtała za mną jak piesek. Było mi jej żal i głupio za moje zachowanie, ale nie mogłem inaczej postąpić. To chroniło mnie i moją rodzinę.

- Czego chcesz? – Odwróciłem się i spojrzałem na nią groźnie.
Wrogość i chłód mojego tonu sprawił, że odskoczyła ode mnie.Spojrzała na mnie zaskoczona i ze strachem…
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić- Powiedziała cicho. z jej tonu jasno można było wywnioskować, że ciężko przychodzi jej ta rozmowa tak jak i mnie. Była bledsza niż zazwyczaj.
.- Uratowałem ci życie. Starczy.- Przeszły ją ciarki. Raniłem ją każdym zdaniem. Tak właśnie się z nią żegnałem. Wiedziałem przecież, że nie mogę żyć przy niej i jednocześnie trzymać się od niej z daleka.
- Obiecałeś – szepnęła.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury.
- Z moją głową jest wszystko w porządku.- Wkurzyła się nie na żarty. Wiedziała, że coś ukrywam. Wiedziała, że kłamię.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć?
- Chcę poznać prawdę. Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi kłamać. - Zasłużyła na to by ją poznać a ja nienawidziłem siebie coraz bardziej, ale nie mogłem jej ulec.
- A co według ciebie się niby wydarzyło? - Warknąłem.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś blisko. Tyler też cię nie widział,wiec nie mów, że uderzyłam się w głowę i miałam omamy. A potem van pędził prosto na nas, ale mimo to nas nie staranował, a twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia. W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś wgniecenie. I nic ci się nie stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś… - Łzy napłynęły jej do oczu. Płakała. Przeze mnie. Widziała wszystko, była bardzo spostrzegawcza, jak na tak krótką i szybką chwilę, byłem w szoku, że zdołała zapisać w pamięci każdą z tych chwil.
- Uważasz, że podniosłem vana? - Zakpiłem z niej- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy.- Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać.- Wiedziałem to. Jej oczy mówiły wszystko. Ale dlaczego tak się uparła aby dowiedzieć się. Dlaczego nie mogła po prostu zrozumieć, że jest coś na rzeczy i nie dowie się co. Uparta dziewczyna... Po co jej to, przecież ona nikomu nie powie, nie musiałbym ... ugh.
- Więc po co to wszystko?
- Dla mnie samej – odparła poważnie. – Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym poznać powód.
- Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?- Zacisnąłem szczęki. Starałem się być surowy i opanowany. Chociaż ból był nie do zniesienia.
- Dziękuję-  sapnęła cicho.
 Czekała na moją reakcję.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie…  Mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.- Chciałem jej powiedzieć. Na prawdę chciałem, ale nie mogłem, mimo wszystko. Mimo, że... ufałem jej. Mierzyliśmy się wzrokiem. Jej złość była urocza... jak walczące kocię, próbujące jeszcze bez ząbków zagryźć potencjalnego przeciwnika. Była czerwona bardziej niż kiedykolwiek.
- Po co się w ogóle fatygowałeś?- Zaskoczyła mnie. Sam nie zadałem wcześniej sobie tego pytania i nie pomyślałem by ona miałaby mi je zadać. Dlaczego uratowałem jej życie? Kim ona dla mnie była? Czy poświęciłbym się tak dla kogoś innego?
- Nie wiem.- Odpowiedziałem szczerze. Spojrzałem na nią po raz ostatni. Ból, który czułem piekł wszystkie moje wnętrzności. Odwróciłem się i wyszedłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz