niedziela, 29 maja 2016

Rozdział 2: Nie do odgadnięcia

Odwiozłem moje rodzeństwo pod dom, ale nie miałem odwagi, spojrzeć Esme w oczy... zanim reszta zrozumie co mną kieruje, mnie  już tu dawno nie będzie.. jednak miałem obawy. Kiedy Alice rzuciła mi ostatnie zmartwione spojrzenie z piskiem opon wycofałem samochód. Wiedziałem, że nie mam na tyle paliwa aby dojechać na miejsce od razu dlatego wpierw spotkałem się z Carlisem. Nie miałem ochoty zatrzymywać się gdzieś, by zatankować wóz i popełnić ten błąd i zawrócić. Musiałem jak najszybciej znaleźć się daleko stąd.
- Carlise- wparowałem z impetem do szpitala, kierując się w stronę biura przybranego ojca. Edwardzie, co się dzieje? Pomyślał zaniepokojony. - Wyjeżdżam. Na stałe.Powiedz mi, że słusznie postępuję, Carlise.. ja...- pierwszy raz czułem coś takiego. Niewyobrażalną nienawiść do siebie, większą niż kiedykolwiek.
- Jeśli postępujesz według własnego sumienia, a wiesz, że to będzie najlepsze, to tak. Ta decyzja jest słuszna, synu.- Jednak, sądzę, że znalazłoby się inne rozwiązanie, nie możesz przecież uciekać przez jedną małą dziewczynkę. Carlise pomyślał to, za co ja się karciłem przez ostatnią godzinę.
- Wiem to, ale nie możemy ryzykować, to może zniszczyć nas wszystkich, to ogromne ryzyko.- I ból. Pomyślałem, lecz nie dodałem tego. - Pożycz mi swój wóz, nie dojadę moim bez przystanku, a nie ma czasu do stracenia.
- Bierz, jasne. Powodzenia. Wiem, że postępujesz dobrze.- Mądry z Ciebie chłopak, pamiętaj, że zawsze możesz wrócić. Drzwi dla Ciebie nigdy nie będą zamknięte.
- Dziękuję ojcze.- Spojrzałem na niego, tym wzrokiem, którym wściekły, cierpiący śmiertelnik patrzy przez łzy.



Opierałem się o mokrą ścianę śniegu przed domem, głęboko zamyślony. Oddychałem świeżym, czystym powietrzem, tak niesamowicie przepływający przez nozdrza. Carlise ma rację. Jak jakaś dziewczynka może wywoływać takie emocje? Żebym przez nią opuszczał rodzinę? Jak mogę sprawiać im taką przykrość. Tchórz! Plułem sobie w brodę za moje zachowanie. Tu jesteś, Edwardzie! Tanya, szukała mnie od dłuższej chwili
- Edwardzie, jak się czujesz?- Zbliżyła się do mnie na jednoznaczną odległość, lecz nie zareagowałem.
- Tak jak widać- posłałem jej wymuszony uśmiech, który momentalnie powrócił do poprzedniego stanu. Nie chcesz tu być... Nie ma szans na życie tutaj z nami. Ze mną...
- Więc... jaką podjąłeś decyzję?- Bynajmniej nie chodziło konkretnie o mój powrót do domu. Spróbowała spojrzeć mi w oczy. Jej miały ten sam złocisty odcień, co nasz gdy jesteśmy najedzeni... jeśli tak to można nazwać. Wiedziałem o jej uczuciach żywionych do mnie. Nie miałem jej nigdy tego za złe, oczywiście, wiedziała jednak, że nie odwzajemniam jej uczuć. Moim przyjazdem tutaj dałem jej jednak niechybną nadzieję. Źle odczytała moje intencje, kiedy dwa dni temu pojawiłem się u progu ich drzwi z zapytaniem czy znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego wampira. Denalczykowie tak jak nasza rodzina, stronili od picia ludzkiej krwi, Tanya przekonała siostry do "wegetarianizmu" podobnie jak Carlise. Blondynka ledwie odczuwalnie przejechała swoją dłonią po moim przedramieniu, aż po dłoń. Jej skóra świeciła w blasku księżyca, była idealna. Tak idealna jak każdy z nas. Ale nie była moim ideałem. Odsunąłem się od niej, ale tak aby nie sprawić jej przykrości.
- Tanyeo, proszę, znasz moją odpowiedź
- Miałam tylko nadzieję, ale rozumiem to. Kiedy chcesz wrócić?
- Nie wiem. Wyjadę dziś, zapoluję. Porozmyślam. - Skinęła głową i uśmiechnęła się smutno. Nic więcej nie powiedziała.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem na wschód, najgłębiej w lasy, gdzie mogłem polować do woli.
Musiałem dokładnie przygotować się na powrót, nie mogłem pozwolić by coś poszło nie tak.
Przez dwa kolejne dni liczyło się tylko polowanie, najlepszymi, największymi i najdojrzalszymi zwierzętami, a kiedy czułem się pełen, odczekiwałem chwilę czasu w zamyśleniach, w wyobrażaniu sobie jak wszystko ma wyglądać. Kiedy ta krucha istotka patrzyła się na mnie z przerażeniem... co ona mogła o mnie pomyśleć? Nic innego niż to, że jestem nienormalny... ale na pewno wyczuła we mnie zagrożenie, drapieżnika.



Edwardzie, tak się martwiłam! Esme, złota kobieta, jak mogłem ich tak zostawić?

- Przepraszam was, na prawdę mi przykro- Nie kłamałem. Tęskniłem za domem i czułem się okropnie kiedy opuszczałem Forks bez moich braci i sióstr jak i Esme z Carlisem. Idiota, co on sobie wyobraża? 
- Dzięki Rosi, za miłe powitanie- uśmiechnąłem się szeroko, a ona posłała mi mordercze spojrzenie.
- Edward, co się stało? Dlaczego wyjechałeś tak... bez żadnego ostrzeżenia, z jakiego powodu?- Zatroskany wzrok matki wzbudził we mnie jeszcze większe wyrzuty sumienia. Spojrzałem ukradkiem na Alice, Nie powiedziałam im. A ja jej uwierzyłem. Jednak mina Jaspera mówiła sama za siebie. Byłem wdzięczy za zachowany sekret, jednak wiedziałem, że Jasper bardziej od kogokolwiek oczuwa w tej sytuacji ból. Ból jakim jest zmartwiona, Alice. Jej oczy zamgliły się na moment a następnie spojrzała na mnie, uśmiechnęła się do mnie z ulgą na twarzy. Zobaczyła jak przeprowadza za moją zgodą rozmowę z Jasperem co mnie dręczy a z powodu jej wizji- o których zdążyłem się trochę dowiedzieć chociaż niezgrabnie ukrywała myśli przede mną- również ją. Wiedziałem, że prędzej czy później i reszta rodziny, Esme, Emmett a nawet Rosalie będą musieli dowiedzieć się co jest grane. Mimo to postanowiłem ukrywać jak najdłużej większość tego co mnie gnębiło.
- Ostatnie wydarzenie miało miejsce z powodu mojej niejakiej słabości... Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego. Ta nowa dziewczyna, jej zapach... - Zacząłem
- Isabella Swan?- Zakpiła Rose
- Bella- poprawiłem, zaś blondynka uniosła brew- tak, ona. Nie ważne... chodzi po prostu o to, że zapach jej krwi działa na mnie silniej niż innych ludzi, ja... wystraszyłem się, dlatego wyjechałem.- Wyjaśniłem im pokrótce całą sytuację, nie mówiąc nic o strzępkach wizji Alice ani o moim opiekuńczym zapale do Belli, który zaś prawdopodobnie był spowodowany zawiścią jej koleżanki, Jessiki, na którą Bella nie zasłużyła.
Reakcja mojego rodzeństwa była taka jakiej się mogłem spodziewać. Oczywiście uważali za głupotę mój wyjazd, ale nikt przecież nie miał mi za złe tego co czułem. Emmett sam miał podobny przypadek i pozwalał sobie na... Nie. Nie zrobiłbym tego Carlisowi. Oni o tym doskonale wiedzą.
     
          Nazajutrz rodzeństwo otoczyło mnie ściśle, jakby próbowali ukryć mnie przed zapachem dziewczyny. Wchodząc na stołówkę, Alice próbowała przewidzieć jej każdy ruch, Emmet stał niczym bodygard w tanim klubie, Rosalie szła z uniesioną głową, zniecierpliwiona całym zamieszaniem, a Jasper starał się kontrolować nasze emocje, jednakże skupiał się najbardziej na Alice bo pierwszy raz wiedział więcej na temat jej wizji niż ktokolwiek z naszej rodziny.
- Na prawdę dajcie spokój- powiedziałem zmieszany tą całą sytuacją, siadając do naszego stolika.
- Wchodzi Bella, uwaga- spiorunowałem ją wzrokiem, ale Alice była święcie przekonana, że to mi pomoże przygotować się na wszystko zawczasu. Zapach dziewczyny w tym klimatyzowanym całkiem sporym pomieszczeniu, mieszał się z innymi, więc nie działał na mnie aż tak silnie, chociaż wyczułem go od razu gdy tylko weszła do środka. Wstrzymałem oddech. Była w towarzystwie Jessiki i Mike Newtona. Spojrzałem na nią badawczym wzrokiem łudząc się, że szwankowałem, że jej zapach mnie otumanił... iż tym razem usłyszę jej myśli, ale spotkało mnie oczekiwane rozczarowanie. Cisza. Ta sama cisza co za pierwszym razem. Dlaczego akurat ona? Zadawałem sobie pytanie. Podsłuchałem, więc Jessicę, jednak nic ciekawego się nie dowiedziałem. Cieszyła się, że Mike rozmawia teraz z nią, a Bella stoi za nimi i się nie wtrąca. Oboje ekscytowali się pierwszym śniegiem, jednak Bella nie wyglądała na zachwyconą. Coś się stało, czy po prostu się zamyśliła? Jakież irytujące jest nie wiedzieć co ktoś myśli. Zauważyłem, że Bella spięła mięśnie w tym samym czasie gdy koleżanka zapytała ją co chce wziąć.
- Co z nią?- Mike zaniepokoił się spoglądając na Bellę. Stała do mnie tyłem więc nie mogłem zobaczyć jej wyrazu twarzy, ale po myślach Mike'a widziałem, że na bladych policzkach wystąpiły silne rumieńce, a oddech jej przyspieszył, czego sam Mike wcale nie dostrzegł, widział tylko jej zdenerwowanie.
- Nic, nic, wezmę tylko napój- Bella blado się uśmiechnęła do niego. Może źle się czuła, bolał ją brzuch? Czy nie powinna w takim razie iść do pielęgniarki bądź zwolnić się z zajęć? A może ma dziś sprawdzian i jest zestresowana? Przewertowałem szybko myśli każdego nauczyciela, ale nic nie usłyszałem o żadnym sprawdzianie.
- Nie jesteś głodna?- Jessica spojrzała na nią podejrzliwie. Dziwaczka, co Mike w niej widzi? Ten natomiast znów próbował dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Głupi chłopak, przecież od razu widać, że nie jest w porządku, dlaczego on nie zaprowadzi jej do pielęgniarki? Zadawałem sobie to pytanie, ale ta myśl wywołała we mnie dziwne odczucie.
- Zaraz się spojrzy w naszą stronę- spojrzałem z irytacją na siostrę, ale Emmett wyszczerzył się złośliwie
- Czas na mały pokaz- Nachylił się nad stolikiem i potrząsnął głową jak pies. Krople stopniałego śniegu opryskały odchylające się dziewczyny
- Na prawdę, kochanie?- Rosalie spojrzała na niego z oburzeniem, ale nawet ja nie mogłem powstrzymać się przed zaśmianiem. Chodzi o Cullena? Automatycznie spojrzałem w kierunku Jessiki, dziewczyny patrzyły na mnie, jednak Bella natychmiast spuściła wzrok, a włosy zakryły jej twarz.
- Edward Cullen się na ciebie gapi- dziewczyna szepnęła Belli do ucha. O co mu chodzi, od kiedy on na kogoś patrzy... 
- I nie jest wściekły, prawda?- Ach, jednak. Jednak zauważyła moje zachowanie z zeszłego tygodnia. Przecież wiedziałem, że tak było, ale to sprawiło mi niechybnie ból, wystraszyłem ją. Czy jest możliwe by się mnie bała?
- Skąd, a ma jakieś powody?- Czyżby nasza Bella zaszła komuś za skórę?
- Chyba za mną nie przepada- dziewczyna zniżyła ton, a policzkiem dotknęła ramienia. Brawo Edwardzie, Takie ma zdanie teraz, Szybko jednak wyrzuciłem karcącą siebie myśl, co mnie obchodzi czyjeś zdanie, czy była jedyna z dziwnym odczuciem w stosunku do mnie? Może nie miała żadnych odczuć, przecież mogła tylko tak zrozumieć, ale nie przejmować się tym.
- Ale on nadal się na Ciebie gapi- wróciłem do słuchania ich rozmowy
- A Ty na niego. Przestań- Bella skarciła koleżankę. Byłem ciekaw ich dalszej rozmowy, jednak w tym samym momencie przerwał im Mike. Proponował bitwę na śnieżki po szkole, zerknąłem za okno uśmiechając się w duchu, iż pogoda ma inne plany niż on. Nie przypadł mi do gustu ten Mike, widział w Belli jedną z gąsek, myśli o niej miał jednoznaczne. Grupą, wraz z kolegami Newtona i Angelą Weber, ruszyli w stronę wyjścia, chociaż Bella ociągała się za nimi. Usłyszałem jak wspólnie wszyscy jęknęli głośno, gdy zobaczyli kałuże roztopionego śniegu i deszcz. Wszyscy poza Bellą. Znów odstawała czymś od reszty ludzi, czyżby nie lubiła śniegu? Czy ukrywała swój zawód w przeciwieństwie do reszty. Ale wydawało mi się, że wyglądała na zadowoloną, więc kto wie. Ha! Pierwszy raz nie ja.
Wyszliśmy z stołówki jako jedni z ostatnich, przeciągałem moment, w którym będę musiał się zmierzyć z dziewczyną sam na sam. No... prawie sam na sam. Kiedy wchodziłem do klasy Bella siedziała już na swoim miejscu z głową spuszczoną w dół, tak aby włosy zakrywały jej twarz. Wstrzymałem oddech i podszedłem, odsunąwszy krzesło odezwałem się najłagodniejszym tonem jakim umiałem
- Hej, nazywam się Edward Cullen. Nie miałem okazji przedstawić się w zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bellą Swan,- Dziewczyna spojrzała na mnie całkowicie zmieszana
- Skąd wiesz jak mam na imię?- Zapytała szczerze. Zaśmiałem się, chyba zdawała sobie sprawę, że każdy je znał zanim jeszcze przyjechała.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim przyjazdem.- Skrzywiła się. Nie spodobało jej się, że właśnie tak było, ale wciąż patrzyła podejrzliwie.
- Nie o to mi chodziło, skąd wiedziałeś, że powinieneś powiedzieć "Bella"?- Teraz ja się zdziwiłem, byłem pewien, że tak własnie poprawiała każdego, pierwszego dnia, czyżbym się mylił?
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę, ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata, nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nie użył tego zdrobnienia, witając się ze mną.- O to jej chodziło! A więc strzeliłem gafę. Nie powinienem przecież wiedzieć o jej zdrobnieniu, gdybym był zwykłym śmiertelnikiem.
- Ach, tak.- Nie wiedziałem co powiedzieć, jak jej to wytłumaczyć, na szczęście, pan Banner w tej chwili rozpoczął lekcję, a dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę. Przeczesała włosy palcami, a jej zapach dopadł moich nozdrzy i płuc. Zacisnąłem palce na skraju ławki i przymknąłem oczy. Musiałem się opanować.
- Do dzieła- zakończył swój monolog,nauczyciel. Mieliśmy dopasować fazy mitozy komórek z czubka korzenia cebuli. Prościzna. Postanowiłem postawić na uprzejmość
- Jak sądzisz, partnerko, panie przodem?- Uśmiechnąłem się do niej, aby potwierdzić jakoż nie jestem negatywnie nastawiony. Patrzyła na mnie dłuższą chwilę, czyżby nie wiedziała za co się zabrać? Może boi się zrobić coś źle, a to ja powinienem zacząć aby ją ośmielić.
- Albo może ja zacznę , jeśli nie masz nic przeciwko.
- Już się biorę do roboty- odpowiedziała, zalewając się rumieńcem. Krew przepłynęła jej szybciej a mnie, zapiekło w gardle. Cudowny kolor pod prawie przeźroczystą skórą, powoli pokrywał jej policzki. Pierwsze szkło umieściła pod mikroskopem, spojrzała przelotem w okular mikroskopu.
- To profaza- Oznajmiła, pewna siebie. Zabrała się do przekładania szkiełka. Czyżby zgadywała, czy rzeczywiście wiedziała?
- Pozwolisz, że zajrzę?- Położyłem dłoń na jej dłoni w ramach zatrzymania jej ruchu. Jej skóra była taka miękka i tak ludzko ciepła, że gdyby było to możliwe przeszedłby mnie dreszcz.  Dziewczyna wzdrygnęła się pod moim dotykiem, natychmiast zabrałem rękę. Jej reakcja nie była niczym dziwnym, ale ukłucie bólu w sercu, że tak reaguje było silne. Przypomniało mi to jak strasznym potworem jestem.
- Przepraszam- wymamrotałem. Kolejny błąd. Spojrzałem w mikroskop, dziewczyna miała rację- Profaza.- Zapisałem na arkuszu, po czym wymieniłem szkło.
- Anafaza- wpisałem w drugiej rubryce.
- Pozwolisz?- Poprosiła. Uśmiechnąłem się nieco zdziwiony, przecież się nie mylę. Przesunałem ostrożnie mikroskop, tak by nie dotknąć jej znów. Nie chciałem by czuła się niekomfortowo.- Preparat numer trzy?- Wyciągnęła ku mnie rękę. Położyłem szkiełko z największą ostrożnością. Ledwo spojrzała w okular - Interfaza.- Przesunęła narzędzie z powrotem do mnie, zerknąłem i zapisałem nazwę.
Skończyliśmy wcześniej niż inni, Bella nie patrzyła w moją stronę. A ja nie mogłem zrozumieć dlaczego nie mogę jej słyszeć. Miałem jeszcze resztki nadziei, iż z bliska, opanowany ... nie. Nic z tego. Moja sąsiadka spojrzała na mnie ukradkiem.
- Nosisz szkła kontaktowe?
- Nie.- Jakie znów szkła? Mój wzrok jest o niebo lepszy niż śmiertelników, uśmiechnąłem się do niej z niekłamanym zdziwieniem. O czym ta dziewczyna myśli?
- Ach- znów się zalała rumieńcem- Nic takiego. Wydawało mi się, że miałeś jakieś takie inne oczy.- Ugh! Oczywiście, że miałem... ale... dziewczyna jest bardziej spostrzegawcza niż inni. Sińce pod czarnymi oczami. Teraz koloru miodu. Zupełnie nie skojarzyłem tego z faktem noszenia soczewek, zupełnie mnie zaskoczyła. A czemu oni nie pracują? Pan Banner podszedł do nas i spojrzał na arkusz.
- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że byłoby grzecznie dać szanse Isabelli?
- Belli- poprawiłem- Sama zindentyfikowała trzy na pięć.- Nauczyciel spojrzał na dziewczynę.
- Omawiałaś to już?
- Nie z komórkami cebuli.- Odparła nieśmiało.
- Na blastuli sei?
- Tak.
Skinął głową ze zrozumieniem.
- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych?
- Tak.
- Cóż, w takim razie dobrze się złożyło, że siedzicie razem.-Odwrócił się i dodał pod nosem- No proszę, może są jeszcze jakieś szanse dla tej klasy.- A więc rozszerzona biologia. Chciałem wiedzieć jeszcze więcej o niej, skoro już nie mogę czytać jej w myślach.
- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda?- Narzuciłem temat.
- Ja tam się cieszę- odpowiedziała szczerze, a mnie intrygowało, nie lubi śniegu? Czemu przeniosła się tu z upalnego Phoenix, do tego zimnego szarego miejsca. Nie myliłem się, widząc jej reakcję na stołówce.
- Nie lubisz zimna.
- Ani wilgoci.- Ach, co ona tu robi, jak bardzo bym chciał wiedzieć co ona myśli.
- Musisz się tu męczyć.
- Nawet nie wiesz jak bardzo.
Więc jednak. Nie przyjechała tu z własnej woli.
- Więc dlaczego tu przyjechałaś?- Dziewczyna zastanowiła się nad moim pytaniem.
- To trochę skomplikowane- Dla mnie? Och proszę.
- Chyba się nie pogubię.
Uśmiechnąłem się do Belli zachęcająco.
- Moja mama ponownie wyszła za mąż.- A więc to był problem, ojczym.
- To akurat nie jest zbyt skomplikowane. Kiedy dokładnie?
-We wrześniu.- A więc pół roku się z nim męczyła. Hmm, jeśli o to właśnie chodziło
- A ty nie przepadasz za ojczymem?- zasugerowałem. Chciałem by zwierzyła mi się dokładniej z problemu.
- Nie, jest w porządku- czyli to nie w nim tkwi problem?- Może trochę za młody, ale miły.
- Dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz?- Musiałem zapytać w prost, nie rozgadywała się z własnej woli.
- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą- uśmiechnęła się delikatnie. Przeanalizowałem w głowie każdego baseballistę o imieniu Phil.
- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko?
- Raczej nie. Nie jest jakoś specjalnie dobry. Nigdy nie trafił do pierwszej ligi. Często się przeprowadza.- Próbowałem dalej wyciągać z niej informacje.
- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć- zasugerowałem. Obruszyła się, zdenerwowało ją to założenie.
- Nikt mnie nie przysłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczyłem czoło, rzeczywiście robiło się skomplikowanie. Dlaczego przyjechała w najgorsze miejsce dla niej, skoro to nie matka jej kazała. Przyjechała tu z własnej woli? Czy może to ojciec ją namówił. Starałem się nie pokazywać jak bardzo mnie to interesuje, ale ciekawość zżerała mnie od środka.
- Nie rozumiem- poddałem się. Westchnęła, a powietrze przybrało ciepły palący zapach. Zagryzłem wargi i zacisnąłem pięści. Jej zapach tak kusił. A jej przypadkowe ruchy \ przyspieszały cyrkulację powietrza napełniając moje płuca.
- Z początku została ze mną, ale tęskniła- Zaczęła wyjaśniać. Opanowałem się natychmiastowo, chcąc dokładnie ją zrozumieć- Było jej ciężko. Postanowiłam, że lepiej będzie, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem.- dodała martwym tonem.
- Ale teraz to Tobie jest ciężko- wywnioskowałem.
- No to co?
Odpowiedziała prowokacyjnie. Nie interesowało ją jej własne szczęście. Była całkowicie bezinteresowna.
- To chyba nie fair.- Odpowiedziałem buntowniczo. Nie podobało mi się to. Rozumiałem jej podejście, ale to było nie w porządku.
Nikt Ci jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie- Hah. Kto jak kto ale ja to wiem doskonale.
- Obiło mi się o uszy. Odparłem. Spojrzałem jej głęboko w oczy. Ta mała istotka, tak delikatna a tak waleczna, dobra i bezinteresowna. Zamrugała oczami, a mnie skręciło w żołądku.
- Życie nie jest fair i tyle.- Zakończyła. Nie chciałem jeszcze kończyć tej rozmowy.
- Robisz dobrą minę do złej gry.- Podsumowałem.- Ale założę się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak na prawdę cierpisz.- Zaskoczyłem ją tym stwierdzeniem, ale uważam, że było słuszne. Skrzywiła się, czułem, że jestem na właściwym tropie. Nic nie odpowiedziała, więc dodałem
- Czy się mylę?- Nadal nie usłyszałem odpowiedzi- Nie sądzę.
- Co cię to w ogólnie obchodzi?- warknęła, poirytowana. Czułem, że nie chętnie kontynuuje tą rozmowę. Ale miała rację. Co mną kierowało? Co ta ciemnowłosa dziewczyna ma w sobie, że tak chcę to wszystko wiedzieć.
- Dobre pytanie- uśmiechnąłem się sam do siebie. Westchnęła po raz kolejny. Przymknąłem oczy.- Drażnię cię?- Spojrzała na mnie.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie.- Zaskoczyła mnie.- Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze mówiła, że moja twarz to otwarta księga. - Pochmurniała.
- Wręcz przeciwnie- byłem zdziwiony jej odpowiedzią. Otwarta księga? Głowiłem się co może myśleć w danym momencie a każda jej odpowiedź mnie zadziwiała.- Trudno mi cię przejrzeć.- teraz ja zaskoczyłem ją.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów?
- Zazwyczaj nie.- Uśmiechnąłem się szeroko. Nieświadomie przesunęła się w moją stronę a nasze ciała znalazły się nader blisko. Taki kontakt z nią postawił mnie w szoku. Chciałem powiedzieć jej, żeby uważała na siebie gdy jest w pobliżu mnie.
Pan Banner poprosił klasę o uwagę i Bella odwróciła ode mnie wzrok.
Cóż za dziewczyna.  Tak skromna i skomplikowana. I w takim niebezpieczeństwie. Rozmawiała z najgroźniejszym potworem na świecie i nie miała o tym pojęcia. Czy postępuję w stosunku do niej w porządku? Wiem kim jestem i dla jej dobra a także własnego i własnej rodziny powinienem trzymać się od niej z daleka, bądź trzymać ją na dystans, a tym czasem to ja miałem problem z tym, że lekcja się kończy a ja nie zdołam jej o nic więcej zapytać. Włosy opadły jej na ramię a ja zesztywniałem. Odsunąłem się od niej, wypuszczając całe powietrze z płuc, a gdy tylko zadzwonił dzwonek poderwałem się i wyszedłem na korytarz.
- Cullen był dziś milusi, co?- Ugh Newton, nie potrzebnie się wtrącasz w nie swoje sprawy, warknąłem w myślach. Jak Ci poszło? Kilka metrów dalej stała Alice i Jasper. Skinąłem do nich głową a dziewczyna uśmiechnęła się znacząco do Jaspera. Natomiast on miał chłodną minę, jedocześnie patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem.
- Było tak źle?- Zapytałem.
- Przez moment, miała szczęście, poradziłeś sobie.
- Jeszcze- dodał Jasper.

Emmet czekał pod salą od Hiszpańskiego.
- Wiem co czujesz, ja nawet nie myślałem o walce z samym sobą.- Wiedziałem co ma na myśli. Ale to nie było to samo. To była przypadkowa kobieta, a Bella... A Bella?
Całą lekcję rozmyślałem nad swoim własnym stwierdzeniem. Lekcja minęła mi szybko, mogłem pogrążyć się w własnych przemyśleniach. Pani Goff znała moje umiejętności, więc pozwalała mi nie uważać na lekcjach.
Po lekcji skierowałem się na parking, oparłem się o samochód czekając na rodzeństwo. Bella właśnie wyszła z sali gimnastycznej. Opatuliła się kurtką i wsiadła do swojego chevroleta. Nie zauważyła mnie. Rozczarowało mnie to. Przeczesała mokre włosy i związała. Spojrzała się na mnie podczas wycofywania auta, odwróciła natychmiast wzrok. Była zaskoczona i mało co nie uderzyła w inny samochód. Ponowiła manewr z taką ostrożnością, że mnie rozczuliła i rozbawiła, zauważyła to. Jej wyblakła furgonetka nie minęła mnie, ale Bella zauważyła moją reakcję. Zawstydzona skuliła się i pośpiesznie opuściła parking.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz